Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Instytut Paranoicznych Neurotyków.

sobota, 20 marca 2010 14:30

http://tiny.pl/hgwtb


"Historyk" IPN, Sawicki, dokopał się w przepastnych archiwach tej instytucji rzekomych dowodów na zwerbowanie w 1952 roku ówczesnego podpułkownika, Wojciecha Jaruzelskiego przez kapitana kontrwywiadu, Kiszczaka na współpracownika. "Rewelacje" te są oparte na  luźnej notatce Stasi, NRD-owskiej bezpieki, sporządzonej w 1986 roku, a więc 34 lata po inkryminowanym "wydarzeniu". Innych "dowodów" źródłowych z rodzimej bezpieki czy kontrwywiadu nie ma.


Dziwi mnie fakt, że tak bezkrytycznie "historycy" podchodzą do radosnej twórczości nie tylko naszych własnych służb bezpieczeństwa, ale też obcych, i to pisanej wiele lat później, w zupełnie innej epoce geopolitycznej. Innym problemem jest, zdaje się, niezrozumienie zadań kontrwywiadu. W odróżnieniu od bezpieki, czyli tajnej policji politycznej szukającej "ukrytych" wrogów nr 1 we własnym narodzie, kontrwywiad z założenia rozpracowywał (i nadal to robi) obcą agenturę, w tym nie tylko rezydentów wrogich służb wywiadowczych, lecz przede wszystkim siatek szpiegowskich zwerbowanych przez nich na terenie kraju ich działania (w tym wypadku Polski). To stawia pod znakiem zapytania kwalifikacje tandemu Kiszczak / Jaruzelski, ponieważ będąc agentami z "wieloletnim" doświadczeniem, nie rozpracowali w 1981 roku szpiega wykonującego krecią robotę, uważanego dziś przez niektórych za bohatera narodowego numer 1. No chyba że po cichu kibicowali jego działaniom, a celem przymykania oka na szpiegowskie działania Kuklińskiego było obalenie ustroju Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, co nastąpiło przy Okrągłym Stole. No ale takich ludzi nie powinno się dziś ścigać, lecz stawiać im pomniki.


Obowiązkiem każdego żołnierza jest informowanie przełożonych o zauważonym nadmiernym zainteresowaniu nieznanych osób w strategicznych punktach  wokół wojska, przemysłu ciężkiego czy w okolicach zbrojeniówki. Czy żołnierza w Afganistanie, a wcześniej w Iraku, informującego służby wywiadowcze, że w pobliżu bazy zauważył nieznanych ludzi obserwujących  co się w środku dzieje, nazwiemy kapusiami czy TW? Nie. W ich żywotnym interesie leży zapewnienie bezpieczeństwa na terenie, na którym działają. Od tego zależy ich życie.


Wracam jeszcze do samego werbunku. Trudno mi sobie wyobrazić, by do tej pracy skierowano oficera stojącego o dwa szczeble niżej od werbowanego, co na tym poziomie w hierarchii wojskowej jest ogromną przepaścią. Do tej roboty posłanoby  kogoś przynajmniej równego stopniem. Jeśli do tego dodać zupełnie odmienne rodzaje wojsk, w których służyli obaj panowie w tamtym czasie, to jest więcej niż prawdopodobne, że nigdy wcześniej się nie spotkali. Jestem w tej kwestii skłonny bardziej wierzyć obu generałom niż panom z IPN. Zwłaszcza, że ten instytut swoimi wcześniejszymi publikacjami nie zasłużył na zaufanie.


IPN pisze na nowo historię Polski. Ale jest to historia zakłamana. To prawda, że czasy PRL-u nie były dla naszego kraju okresem pełnej suwerenności. W odróżnieniu jednak od rozbiorów nie byliśmy w latach 1944/89 wymazani z map Europy. Mimo ograniczonych możliwości, możliwa była odbudowa kraju z  powojennych ruin. Zlikwidowano analfabetyzm, wybudowano przemysł, że  wspomnę tylko Hutę  Katowice, Nową Hutę, w Toruniu przemysł włókienniczy i chemiczny i UMK... można mnożyć w nieskończoność. Od ponad 20 lat różne ekipy rządowe wyprzedają wypracowany w 45-leciu PRL majątek za bezcen, łatając nim dziury budżetowe. Niewiele pozostanie dla młodego pokolenia polityków które wejdzie na scenę po odejściu dzisiejszych dinozaurów politycznych na (nie)zasłużone emerytury. Dwadzieścia lat okupacji najwyższych stołków za bardzo ich przyzwyczaiło do pasożytniczego życia na koszt podatników.


Już słyszę głosy, że to samo by zrobiono,  gdyby nie było w Polsce komunizmu. To dla mnie jest argument. To nie my sobie wybraliśmy ten ustrój, lecz został nam narzucony, przy ochoczym błogosławieństwie naszych Zachodnich "sprzymierzeńców" w Teheranie i Jałcie. Churchill i Rooswelt lekką ręką oddali "dobrotliwemu" wujaszkowi Stalinowi pół Europy pod kuratelę nie pytając się nikogo o zdanie. Dopiero gdy całkowicie zbankrutował ten straszny system, można było wyrwać się ze śmiertelnego uścisku Niedźwiedzia zza wschodniej granicy. I zrobiliśmy to bez rozlewu krwi, i o to chyba największy żal mają genetyczni patrioci, że nie mamy na koncie kolejnego  powstania, okupionego wieloma tysiącami ofiar i morzem krwi.

komentarze (0) | dodaj komentarz

Reanimacja ZPP.

czwartek, 11 marca 2010 14:48

Nie tak dawno temu, na fali afery hazardowej, najlepszy strateg IV RP prezes swojego brata (bliźniaka) i PiS miał fantazję powołać tak zwany Zespół Pracy Państwowej (ZPP). Jego celem ma być, jak wiemy, przygotowanie gruntu do przejęcia władzy od Donalda Tuska i jego Platformy Obywatelskiej (PO). W skład ZPP mieli wchodzić wybitni fachowcy, autorytety ze świata nauki, ekonomiści, prawnicy, konstytucjonaliści... etc., etc. Nazwisk tych "autorytetów" Pan Prezes nie ujawnił, gdyż to mogłoby zaszkodzić w karierach ludzi przyznających się do sympatii dla PiS-u. Jak wyjaśnił, byliby wykpiwani przez swoje środowiska zawodowo towarzyskie i media nieprzychylne jego partii. Bo sympatie dla niej nie są trendy, są wstydliwe. Za to nie było potrzeby utajniać nazwiska szefa ZPP. Tego nikt by nie wyśmiał, bo i tak już zostało wyśmiane w latach 2005/07 i już więcej śmieszności trudno do niego (tego nazwiska) dołożyć. W każdym razie trudno dziś je znaleźć je na pierwszych stronach gazet czy głównych wydaniach serwisów informacyjnych mediów elektronicznych, choć w czasie swych pięciu minut jego ulubionym hobby było konsekwentne i bezkrytyczne parcie na "sitko i szkło". Wygląda na to, że jest to niewątpliwie najwybitniejszy fachowiec i autorytet w ZPP, bo trzeba mieć nie lada fantazję by wybudować peron Inter-city w szczerym polu i planować budowę lotniska międzynarodowego na pustkowiu gdzieś pod Kielcami. Niestety, ta piękna kariera została brutalnie przerwana przez spisek młodzieży, która zamiast oddawać się swym ulubionym zajęciom, czyli oglądaniu w sieci pornusów i zalewaniu się piwem, poszła do wyborów w 2007 roku i pokazała środkowy palec panu prezesowi i spółce.


Już odgadliście o kim mowa? Tak, tak, to Przemysław Edgar Gosiewski. Ciekawostką jest jego drugie imię. Jak sam zainteresowany mówił, jego mama czy też tata, zafascynowani Johnem Edgarem Hooverem, twórcą i wieloletnim szefem FBI, postanowili uczcić tego ostatniego nadając jego imię swemu wybitnemu synowi. I tu kolejna ciekawostka. Jak zapewne wie każdy średnio rozgarnięty gimnazjalista, który liznął trochę języka angielskiego, słowo hoover to nazwa sprzętu gospodarstwa domowego znanego w naszym pięknym języku pod siermiężną nazwą "odkurzacz". Jakby nie patrzeć, pasuje to do wizerunku naszego bohatera, bo jego ZPP w jednym z pierwszych swych projektów odkurzył starą konstytucję z 1936 roku i przedstawił nam jako najlepszą propozycję Ustawy Zasadniczej dla Polski XXI wieku.


Ale wracam do Zespołu Pracy Państwowej. Pewnie prezes J. Kaczyński długo się biedził jak nazwać to ciało. W końcu sięgnął do tradycji i padło na skrót ZPP. Jeśli ktoś w tym czasie był na wagarach, gdy była lekcja historii, to niech wrzuci te trzy literki na google. Wyjdzie mu jak nic na pierwszym miejscu Związek Patriotów Polskich. Pierwszy ZPP pod kierownictwem Wandy Wasilewskiej i z inspiracji Stalina importował do Polski  takie tuzy myśli politycznej jak B. Bierut czy W. Gomółka "Wiesław". Jeśli panowie Kaczyński i Gosiewski  swoim ZPP chcą powtórzyć eksperyment swego poprzednika, ta ja się na to nie piszę, nie bawię się w te klocki. A retoryka Prezesa nie pozostawia złudzeń, bo niczym się nie różni od retoryki działaczy komunistycznych. Dodatkowo nie ukrywa, że jego plany polityczne są zakrojone na dziesiątki lat.


Jszcze w "telegraficznym" skrócie geneza PiS. Jak wiadomo pierwsza partia  Kaczyńskiego to było Porozumienie Centrum PC.  Jednak do wyborów w 1991 roku poszło pod znakiem POC, czyli Porozumienie Obywatelskie Centrum. Była to koalicja trzech kanap gdzie obok PC (nie mylić z pecetem, czyli komputerem osobistym - to zbyt nowoczesne urządzenie w porównaniu z zacofanymi, wstecznymi pomysłami twórcy PC i PiS)  w jednym pokoju znalazły się Komitety Obywatelskie (KO) i Polskie Forum Ludowo Chrześcijańskie "Ojcowizna". Jednak w Sejmie nie powstał klub poselski POC a PC.  W tamtym czasie Jerzy Urban w  swym "Dzienniku cotygodniowym NIE", jako stary żyd napisał, że słowo "poc" w języku hebrajskim oznacza wulgarne określenie męskiego organu płciowego. Myślę, że to zaważyło na wyborze nazwy klubu. Potem, gdy od PC, za sprawą Telegrafu zaczęło zalatywać, jak to pięknie ujął Ojciec Dyrektor znanego Radyja, nie-perfumerią, ta partyjka, wchłaniając w siebie kilka innych kanap z trupa AWS odrodziła się jak Feniks z popiołów pod nową postacią o nazwie PiS (jak tu nie wierzyć w reinkarnację?). Rozkwit nastąpił dzięki aferze Rywina, a wygrana w podwójnych wyborach wystarczyła na poczęcie IV RP, którą wyskrobaliśmy w 2007 roku. Choć PiS ma w swoich szeregach wielu ludzi niezwiązanych z PC, to cień tamtej partyjki do dziś unosi się  nad tą formacją. Działacze z rodowodem PC to najwierniejsi żołnierze prezesa i to oni sprawują najważniejsze funkcje w partii. Choć, jak praktyka pokazuje, żaden z nich nie może czuć się bezpiecznie, a casus "trzeciego bliźniaka" (Dorna) jest przestrogą dla wszystkich, by się zbytnio nie wychylać.


Dla Kaczyńskiego było oczywistą oczywistością, że na aferze hazardowej wypłynie ponownie na szerokie wody władzy. Fala afery, niczym tsunami miała zmyć Tuska z jego partią z głównego nurtu polityki, Tymczasem okazała się burzą w szklance wody. Premier nadal pławi się w blasku wyborczego poparcia, bo to co miało go "zabić", sprytnie obrócił przeciwko inicjatorom zadymy. W przeciwieństwie do głównego konkurenta, zamiast polegać na amatorszczyżnie  spin-doktorów, otoczył się zawodowymi marketingowcami politycznymi i słucha ich sugestii. Dziś mało kto interesuje się, a jeszcze mniej mówi o komisji hazardowej, bo wszyscy są zajęci faktyczną kampanią wyborczą Platformy, która zafundowała Polakom farsę prawyborów, na niby-wzór amerykański. Podejrzewam, że Donek już dziś wie kto go zastąpi  (jeśli zastąpi) w wyścigu prezydenckim. Czyli, używając słów samego premiera, kto stanie "pod żyrandolem".

komentarze (0) | dodaj komentarz

Aneks do "Kiełbasy wyborczej".

wtorek, 23 lutego 2010 14:24

 Do mojego wpisu pt.:   "Kiełbasa wyborcza" otrzymałem grubo ponad setkę komentarzy. Trudno mi w takim natłoku odpowiadać na każdy z osobna, dlatego podzielę je na grupy.


1. Część czytelników podziela  mój punkt widzenia i podobnie jak ja odbiera to, co dzieje się na polskiej scenie politycznej. Są ludzie, których nie trzeba przekonywać o tym, że  nie jest to miły dla oka obraz. Ostatnie ponad cztery lata rządów PO-PiS-u dobitnie pokazują, że najwyższe urzędy w kraju są wykorzystywane do wojenki między bliźniaczymi (nomen omen) formacjami politycznymi, wywodzącymi się z jednego pnia. Żrą się między sobą o kość zwaną "władza", że aż miło. Jedni drugim w niczym nie ustępują, byle tylko przyłożyć. Dla mnie nie ma różnicy, czy ktoś mnie zdzieli maczugą w łeb z twarzą wykrzywioną złością, czy też zrobi to z miłym uśmiechem i słowami miłości na ustach. Jednakowo boli.


2. Najliczniejsze komentarze zaczynały się od zapowiedzi polemiki z moim tekstem. Po wstępnych deklaracjach merytorycznego dyskursu, autorzy przechodzili do "rzeczowej" wymiany myśli. Dla zwolenników PO jestem PiSiorem, dla zafascynowanych PiS-em zbrodnią jest mieszać ich idoli do Tuskowych obiecanek. Ale dla jednych i drugich jestem komuchem z umysłem wypaczonym przez PRL. Nigdy nie byłem członkiem jakiejkolwiek partii, nie mam też powodu do tego by kochać miniony ustrój (jeśli ktoś zada sobie trud i przeczyta wspomnienia o moim ojcu zrozumie dlaczego). Ale to nie zmienia faktu, że moje sympatie polityczne są bliżej lewicy, ale tej nowoczesnej, europejskiej a nie betonu a'la lata 40/50 ubiegłego wieku.


Postawiłem znak równości między PO i PiS i teraz wyjaśnię dlaczego. Politykom PO równie blisko do PiS-u jak i vice versa - casus Radka Sikorskiego i Zyty Gilowskiej, o Nelly Rokicie nie wspominając. Obie partie jednakowo psują polską rzeczywistość prawną i legislacyjną. Bez PO PiS nie miałby szans rozpirzyć Służb specjalnych. Tak samo jak i utworzyć nowej tajnej policji politycznej zwanej dla niepoznaki CBA, która jest poza wszelką kontrolą i ustawowo podlega jedynie premierowi. Już sama w sobie współczesna bezpieka pod nazwą IPN, obficie korzystająca z archiwów UB i SB, to swoiste kuriozum. Te tajne służby PRL-u powinny zostać wyniesione na pomniki przez IPN za zdemaskowanie kapusiów i donosicieli, którzy z osławionego Instytutu wyciekają jak przez dziurawe sito do zaprzyjaźnionych i dyspozycyjnych tytułów prasowych. Idąc tym tropem, to bezpieka z PRL najbardziej przyczyniła się do obalenia komuny w naszym kraju i przy okazji w Europie. Dlaczego więc sprzątaczki, palaczy, kucharki i sekretarki zatrudnione w tych instytucjach gnębiących Polaków-katolików karze się dziś obcinaniem emerytur? Wszak ci ludzie dbali o wygodę obalaczy komuny.


3. Niewiele komentarzy było dość sensownych merytorycznie, tylko w konkluzji padało jak mantra, że PO nic nie może zrobić, bo prezydent i tak zawetuje. Dla mnie to nie argument. Prezydent mógłby, jako prawnik, dać sobie spokój z wetem i każdą ustawę kierować do TK. Wszytko, co wyszło spod ręki koalicji PO-PSL, nie pomijając PiS-u w tym "dziele" zostało by zmasakrowane przez Trybunał, jak swego czasu lustracja zafundowana nam przez koalicję PiS-LPR-SO-PO. Chcąc mieć możliwość odrzucenia weta trzeba szukać poparcia w opozycji, ale tu wypadałoby pójść na kompromis. Premier zdaje się zapomniał, że formacje opozycyjne mają inne cele niż bezwarunkowe poparcie dla obozu rządzącego. Dziś wytykanie sojuszu lewicy z PiS-em jest wygodne. Ale kiedy jednym głosem sami przeprowadzają POPiS-owe, wątpliwej jakości inicjatywy, to wtedy wszystko jest Ok?


4. No i ostatnia grupa komentatorów, to językowi puryści. Ci nie odnoszą się do treści samego komentowanego materiału, poszukują natomiast wpadek ortograficznych i literówek. To takie stwory, które wędrują od blogu do blogu i jak znajdą pożywkę dla siebie, puszczają w ruch palce po klawiaturze. Często też tak sie zapamiętują w swej "poprawności", że sami zapętlają się w błędach i literówkach, nie wspominając o stylistyce. Powiem jedynie, że sam zauważam swoje wpadki, a często muszę je poprawiać "na piechotę", bo korekta często mnie zawodzi w moim komputerze.


Bez względu na to, jaką opcję polityczną popieramy, pragnę zwrócić uwagę wszystkim czytelnikom, że jedziemy na tym samym wózku. Czy jesteśmy zwolennikami lewicy, centrum czy też prawej strony sceny politycznej, za marną jakość legislacyjnej działalności. zapłacimy my sami, wyborcy. To na nas w głównej mierze odbiją się zaniechania naszych wybrańców. To my stracimy pracę, my zapłacimy większe podatki, my patrząc na nasze dochody z pracy czy emerytury/renty, będziemy się zastanawiać, czy wydać na opłatę rachunków, czy na leki lub jedzenie i ubranie dla siebie czy dziecka. Władze od dłuższego już czasu, nie mogąc, nie potrafiąc zapewnić chleba, poprzestają na igrzyskach. Tylko że to marna strawa na dłuższą metę.

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kiełbasa wyborcza.

niedziela, 07 lutego 2010 7:12

Premier Tusk od ponad 2 lat niezmiennie nam coś  obiecuje. Ten festiwal obiecanek rozpoczął się, zanim jeszcze został premierem. Potok obietnic zdążył już zamienić się w rwącą rzekę, ale co z tego, gdy nurt jest mętny i nie można dojrzeć żadnych konkretów. Ciągle tylko słyszę, co on zrobi. Mam wrażenie, że słucham polityka z opozycji a nie człowieka mającego realną władzę w ręku. Od premiera oczekuję działań, a nie planów. Planować mógł  kiedy był  w opozycji.


W czasach sprawowania władzy przez PiS słyszałem o programie reform, a to finansów publicznych, a to służby zdrowia, szkolnictwa wszystkich szczebli, ZUS-u, KRUS-u... i tak płynęła rzeka obiecanek powtórzona w kampanii wyborczej 2007 a potem w ekspose. Nam, emigrantom też się dostało trochę kiełbaski wyborczej. Miały być rozwiązane problemy  z podwójnym opodatkowaniem, byliśmy zachęcani jednym okienkiem (rejestracja własnych biznesików) do powrotu, by budować własną ojczyznę, a nie obcy dobrobyt, inwestując ciężko zarobione pieniądze w kraju.


I co nam z tego zostało? Dostaliśmy abolicję podatkową, ale  tak skonstruowaną, że faktycznie mieliśmy złożyć sami na siebie donos do fiskusa. Paru naiwniaków się znalazło i do dziś żałują. Było też kilku, którzy dali się nabrać na lep własnego biznesu w kraju przodków i szybkiej ścieżki rejestracyjnej. Kilkuletnie oszczędności, które miały ułatwić start w pracy na własny rachunek szlak trafił, rozpłynęły się w biurokratycznym, skorumpowanym molochu polskich urzędów, gdzie każdy z decydentów oczekuje na "prezent", by przyśpieszyć decyzję. Wszak przyjechał "burżuj" z Zachodu, więc trzeba ulżyć jego portfelowi, stać go na to. W szybkim tempie to, na co ciężko pracowali, rozpływało się we mgle biurokracji. Wielu z tych co wrócili na nowo odbudowuje swe aktywa na obcej ziemi. Drugi raz nie dadzą się nabrać na piękne słówka, są też przestrogą dla znajomych (i nie tylko). A wracać do Polski by zasilić szeregi bezrobotnych nie ma sensu.


Czy pamięta ktoś drugą Irlandię obiecaną przez Tuska? Wydawałoby się, że spełnił już tą  obietnicę, co można  by wnioskować z  momentu ogłoszenia rezygnacji z prezydenckiego wyścigu. Sądzę, że premier nieprzypadkowo wybrał GPW by tam ogłosić swą decyzję w prezydenckim temacie. Wypowiadając pamiętne słowa na tle mapy Europy, robił aluzję do zielonej wyspy, gdzie jedynie nasz kraj był zaznaczony na zielono z dodatnim PKB, otoczony oceanem czerwonej, ujemnej Unii, i cieszył się, że tylko Polska nie została dotknięta kryzysem. Stop, panie premierze. A co z rosnącym bezrobociem? Czy ono jest wynikiem hossy na giełdzie? Skąd frustracja Polaków żyjących w kraju, gdzie co piąte dziecko (Eurostat) jest głodne? Czy pamięta pan jeszcze cenę jabłek? Ile dzieci nie zna smaku tego luksusowego owocu?


To nie pańska zasługa, że nasz kraj jest jeszcze "zielony". Pan na zasadzie: "konia kują, żaba nogę podstawia", odcina kupony od tego co wypracowali inni. Gdyby nie dotacje unijne, wszystkie inwestycje stałyby dziś odłogiem,  a sprzęt rdzewiałby gdzieś  w polu. Nie bez znaczenia są też pieniądze, które trafiają do Polski od nas, emigrantów.  Tylko te wysyłane oficjalnymi kanałami liczone są w kwotach porównywalnych do dotacji unijnych. Sporo też my sami zostawiamy podczas naszych wojaży do kraju w czasie urlopów i świąt. Bez tego pańska zabawa w rządzenie już dawno by się skończyła. Za pańskie "dokonania", a raczej zaniechania płacić będą  pańscy następcy za cztery, pięć lat.


Różnica między Zieloną Wyspą a Polską polega na tym, że Irlandia witała powracających emigrantów otwartymi ramionami, natomiast nasza Ojczyzna wita nas otwartymi szeroko kieszeniami urzędasów i pazernością fiskusa, by nas złupić. Irlandzcy parlamentarzyści dostosowywali prawo do zmieniających się warunków we Wspólnocie Europejskiej by potencjalni, często drobni inwestorzy mogli się bogacić, a przez to zmieniał się kraj. Dziś Irlandia jest krajem nowoczesnym i wysoko rozwiniętym, zielonym tygrysem Europy. Natomiast Polska ciągnie się, mimo dodatniego PKB, w ogonie Unii i tylko dzięki temu, że do UE wstąpiły Rumunia i Bułgaria nie "rywalizujemy" dziś z Łotwą o ostatnie miejsce na mapie europejskiego ubóstwa.


Mam swoje ulubione książki, do których chętnie wracam.  Za każdym razem, gdy je czytam 3 czy 4 raz, odkrywam nowe treści, które umknęły mej uwadze za poprzedniej lektury, mimo, że słowa pozostają wciąż te same. Z panem premierem Tuskiem jest sytuacja diametralnie odwrotna. Od lat serwuje nam te same treści swojego "programu", choć są one ubrane w inne słowa. Jego "program" z 2005 i 2007 roku, powtórzony w ekspose, następnie na sto dni rządu, na 1 i 2 rocznicę a teraz przy okazji rezygnacji z prezydentury jest wciąż ten sam. Może jedynie wypadły z niego dwa elementy: okręgi jednomandatowe i 3 razy 15. Wszystko pozostałe jest takie samo. Miał przez dwa lata wystarczające narzędzia, by zacząć realizować przynajmniej część swych obietnic, ale doszedł pewnie do wniosku, że nie ma sensu się męczyć i narażać na spadek popularności, skoro nieróbstwo gwarantuje mu zachowanie status qwo.  Bardzo szybko reaguje jedynie w sytuacjach kryzysowych, gdy grunt zaczyna mu sie palić pod stopami, jak było w aferze hazardowej. tylko czy te nerwowe działania są korzystne dla budżetu? Wątpię.


Obawiam się, że ostatnie cztery lata, czasy rządów PiS i PO będą tragiczne w skutkach dla Polski. To okres zaniechań i zmarnowanych szans. Zamiast wykorzystać dobrą koniunkturę, by pchnąć kraj w kierunku dynamicznego i nowoczesnego rozwoju obie formacje skupiły się na polityce historycznej lub podziwianiu sondażowych słupków, a przede wszystkim na wojence przeciwko sobie. W końcu i jedna i druga powstały na gruzach AWS i UW, które (zwłaszcza AWS) skupiały w sobie kilkadziesiąt kanapowych partyjek. I które, tak jak w latach 1997-2001 tak u dziś żrą się między sobą. Czy Polska musi być skazana na tak nieodpowiedzialne ugrupowania, które swój własny, partykularny interes stawiają ponad narodowym?

komentarze (138) | dodaj komentarz

Zbrodniarz czy bohater.

środa, 27 stycznia 2010 23:18

Każdy naród ma swoich bohaterów. Jednak czy każdy zapisany pod tym mianem w panteonie narodowym dowolnego państwa zasługuje na to miano? Śmiem wątpić.  Kontrowersyjne postacie tak określone można by mnożyć w nieskończoność. Weźmy pierwszy z brzegu przykład - generał Custer, uważany przez Amerykanów za bohatera, tak naprawdę był ludobójcą według współczesnych standardów. Wsławił się rzezią Indian, nie zważając na płeć i wiek mordowanych. Dziś historycy próbują odbrązawiać tą postać, ale w świadomości społecznej nadal postrzegany jest pod kątem "dokonań" w zdobywaniu przestrzeni życiowej dla białego człowieka.


My, Polacy też mamy rodzimych Custerów, choćby przywódcy Powstania Warszawskiego. Nie zważając na nikłe, by nie powiedzieć zerowe szanse powodzenia i wbrew stanowisku przełożonych z Londynu, wydali rozkazy wpychające tysiące młodych ludzi w wir beznadziejnej walki z dobrze uzbrojonym, liczniejszym i bezwzględnym wrogiem. W ten sposób skazali na śmierć ponad dwieście tysięcy cywilnej ludności Warszawy i zagładę miasta. Dziś nie pomniki a zarzuty powinniśmy stawiać tym ludziom.


Innym przykładem stawiania pomników wątpliwym "bohaterom" jest gloryfikowanie bandytów, którzy w powojennej Polsce nie potrafili zacząć normalnego życia bez karabinu w ręce. Mowa o wszelkiego rodzaju "Łupaszkach", "Burych" czy "Ponurych". Za parawanem bogoojczyźnianej retoryki ideologicznej krył się pospolity bandytyzm. Ich ofiarami w zdecydowanej większości byli cywile nie mający nic wspólnego z władzą ludową, a metodą terror i zastraszenie. Wstyd, gdy prezydent mojego kraju osobiście  "uświetnia"  uroczystość odsłonięcia pomnika "Ognia", podhalańskiego watażki.


Teraz z Polski przeniosę się na Ukrainę. W ostatnich dniach Wiktor Juszczenko, prezydent Ukrainy, ogłosił bohaterem narodowym Stepana Banderę, jednego z założycieli Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), politycznej i ideologicznej bazy UPA. Z czym się ten człowiek(?) kojarzy doskonale pamiętają mieszkańcy Polski Wschodniej, a także repatrianci z byłych wschodnich województw przedwojennej Polski. Nie jest prawdą, że Ukraińcy gremialnie utożsamiają się z ideologią OUN. Zdecydowana ich większość widzi w tym "bohaterze" zbrodniarza. Jedynie na terenach Zachodniej Ukrainy niewielka, ale krzykliwa mniejszość odbiera decyzję swego prezydenta pozytywnie. I właśnie dla tej części elektoratu Juszczenko to zrobił licząc na niepewną reelekcję po przegranych wyborach parlamentarnych Pomarańczowych, jego zaplecza politycznego.


Bandera został w 1936 roku skazany na śmierć (wyrok zamieniono na dożywocie) za działalność terrorystyczną na terenie RP, między innymi za zamordowanie ministra SW B. Pierackiego. Po wybuchu wojny, we wrześniu 1939 został przez Niemców uwolniony z więzienia w Brześciu nad Bugiem. Poszedł na pełną współpracę z Niemcami, tworząc w strukturach Wehrmachtu dwa bataliony złożone z Ukraińców z OUN. Po proklamowaniu Wolnej Ukrainy w 1941 roku został przez Niemców aresztowany i osadzony w specjalnej strefie KL Sachsenhausen (przebywali tam m.in. Kanclerz Austrii Schuschnigg, premer Francji Daladier, generał Stefan Rowecki-Grot). W 1944 został przez Niemców zwolniony z obozu, przwdopodobnie na mocy porozumienia między UPA i hitlerowcami. Po wojnie wcielił się w rolę męczennika systemu nazistowskiego, co nie przeszkadzało mu kierować ukraińskimi organizacjami nacjonalistycznymi. Został zamordowany na zlecenie Kremla w 1959 roku.


A co się stało ze wspomnianymi ukraińskimi batalionami w strukturach Wehrmachtu? Po aresztowaniu Bandery i kierownictwa OUN(B)* owe bataliony rozwiązano. Banderowcy, represjonowani przez Niemców zeszli do podziemia i w 1943 utworzyli Ukraińską Powstańczą Armię (UPA). Część z nich (głównie ci związani z OUN(M)* - frakcja Melnyka) wybrała kontynuację współpracy z Niemcami. Utworzyli w tymże '43 roku 14 Dywizję Grenadierów SS. Brali między innymi udział w pacyfikacji Powstania Warszawskiego. Po klęsce Niemiec część z nich pozostała na Zachodzie, gdzie zasilili szeregi nacjonalistów, inni trafili do UPA.


Bandera pozornie nie ponosi osobistej odpowiedzialności za działania UPA, za rzezie wołyńskie, gdyż w tym czasie przebywał w obozie. Ale to jego frakcja OUN ze swym zbrojnym ramieniem, od jego nazwiska zwana banderowcami odpowiada za zbrodnie przeciwko polskiej ludności. To właśnie Bandera był twórcą barbarzyńskich metod stosowanych do mordowania Polaków, ale też do zwalczania umiarkowanych Ukraińców dążących do porozumienia z Polską.


Takiego oto "bohatera" honoruje zaszczytami prezydent naszego wschodniego sąsiada. Władze Słowacji ostro zareagowały na decyzję Juszczenki, bo banderowcy nie tylko Polaków mają na swoim sumieniu, ale też i tysiące Słowaków. Natomiast nasze władze nabrały wody w usta i udają, że nic się nie stało. Dziwi mnie, że zarówno rząd jak i prezydent naszego kraju, tak wyczuleni na polską martyrologię, od Niemców i Rosjan ciągle domagają się przeprosin i nerwowo reagują na Erikę Steinbach i polityką historyczną Kremla. Czy krew ponad 200 tysięcy ofiar ukraińskich zwyrodnialców jest mniej wartościowa od krwi ofiar nazistów czy komunistów? Milczenie premiera, ministra SZ czy prezydenckiego pałacu uwłacza ich pamięci. Obecna prawicowa tak zwana polityka wschodnia i fobie antyrosyjskie są obelgą rzuconą w twarz wszystkim Polakom.



*OUN(B) i OUN(M). Po agresji Niemiec na Polskę w OUN nastąpił rozłam na frakcje Bandery czyli banderowców i frakcję Melnyka - melnykowców. Między tymi środkami władzy w organizacji doszło do konfliktu na tle sposobów współpracy z hitlerowcami. Melnyk godził się na podporządkowanie Niemcom, natomiast Bandera chciał z nimi sojuszu po utworzeniu Ukrainy. Niemniej obie frakcje były wybitnie antypolskie i swych planach Zakładały eksterminację ludności polskiej nie tylko na terenach "rdzennie" ukraińskich.  


P.s. Kilka słów na temat Ukrainy. W polskich mediach i w wypowiedziach naszych polityków często pojawia się kwestia o "odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości" po 90 roku ubiegłego wieku. Jest to moim zdaniem nieporozumienie i nadużycie. Odzyskać można coś, co się kiedyś miało i co się utraciło. Tymczasem Ukraina jako kraj nigdy nie istniała na mapach świata. Ziemie te były zawsze do tego czasu częścią Rzeczypospolitej lub Imperium Rosyjskiego, niezależnie od tego jak się ten kraj nazywał. Dopiero po przemianach zapoczątkowanych w Polsce w 1989 roku po raz pierwszy w swej historii stała się pełnoprawnym organizmem państwowym uznanym przez inne kraje i organizacje międzynarodowe. Tak więc historia Ukrainy jako samodzielnego kraju jest bardzo krótka, choć dążenia jej ludności o utworzenie własnego państwa sięgają kilku stuleci.

komentarze (13) | dodaj komentarz

Donald Słupnik Cudotwórca.

niedziela, 17 stycznia 2010 18:58

Wpis jest komentarzem do poniższego artykułu.

 

http://tiny.pl/hmw69


Wpatrzony w sondażowe słupki premier skutecznie uprawia "politykę miłości" (nimfoman jakiś?). Tak umiłował poparcie wyborców, że postanowił uwolnić nas od grzesznych pokus hazardowej pułapki. Nasz polityczny Casanowa, premier Donald Słupnik Cudotwórca tym różni się od swego pierwowzoru Szymona Słupnika, że nie siedzi na szczycie zbudowanego przez siebie kamiennego słupa zwieńczonego platformą do medytacji, lecz na Platformie Obserwacyjnej (PO), z której zerka bez ustanku w ekran monitora zafascynowany stanem swoich notowań, czyli wysokością własnego sondażowego słupa. Każde tąpnięcie, powodujące kurczenie się owego słupka poparcia wywołuje nerwowe reakcje u Donka i nieobliczalne w skutkach posunięcia mające zneutralizować skutki wstrząsów. Takim tąpnięciem było opublikowanie jesienią ubiegłego roku przez CBA, pupila zarówno PO jak i PiS, stenogramów z podsłuchów rozmów ministrów (z rządu politycznego kochanka) kręcących własne lody w sferze hazardu.


Podrzucane PO co jakiś czas przez PiS zgniłe jaja jak na razie są skutecznie rozbrajane przez Donalda. Za każdym jednak razem pozostaje nieprzyjemny smrodek, a po jakimś czasie okazuje się na dodatek, że zabawa w sapera pociąga za sobą straty w budżecie, a więc de facto tracimy my wszyscy. Jako klasyczny przykład można podać kukułcze jajo podrzucone przez policję polityczną PiS-u, dla kamuflażu zwaną CBA, wspomniane wyżej stenogramy. W konsekwencji, w wyniku błyskawicznej reakcji premiera, gęsto posypały się głowy, a dzięki ustawie anty-hazardowej wylano dziecko z kąpielą. Dziś już tylko śledcza komisja hazardowa zaciera ślady za umoczonymi w lobbing politykierami PO z premierem na czele. Bo nikt mi nie wmówi, że pan premier nic nie wiedział, co dzieje się na jego rządowym folwarku


A oto kilka najważniejszych posunięć szefa rządu w odpowiedzi na przeciek z CBA do prasy niewygodnych dla niego dokumentów.


1. Premier odzyskuje CBA dymisjonując M. Kamińskiego. Sadzając na jego miejscu swojego człowieka, sam teraz staje się zleceniodawcą tego poronionego organu. Zaowocowało to nalotem na przeciwnika politycznego, Pawła Piskorskiego, jednego z dawnych liderów PO, A przy okazji nieco błota przylgnęło do konkurenta w wyścigu prezydenckim - Andrzeja Olechowskiego (wcześniej wymanewrowanego z PO jednego z założycieli tej partii). Olechowski jako potencjalny kandydat na prezydenta z ramienia SD ma duże szanse zagrozić premierowi w wyścigu do Dużego Pałacu. A Donald Tusk ma spore doświadczenie w odstraszaniu rywali, że przypomnę casus pana Cimoszewicza w ostatniej kampanii prezydenckiej.


2. Dymisja ministrów zamieszanych w lobbing, z wicepremierem G. Schetyną na czele. Oczywiście krzywda im się wielka nie stała, bo większość z nich pozajmowała inne prominentne stanowiska w partii i administracji. Ale my, elektorat otrzymaliśmy sygnał, że Donald nikomu nie będzie pobłażał. No i zaraz zachwyceni wyborcy napompowali słupki deklaracją poparcia dla rządzącej partii i jej szefa.


3. Mając pozamiatane w CBA i Gabinecie postanowił znowelizować ustawę o hazardzie. Zabrał się za to razem ze swoimi fachowcami w czasie obiadu i między zupą i drugim daniem napisali na kolanie nowelę, którą podrzucili Sejmowi i Senatowi, a prezydent ją przyklepał i od 1 stycznia tego roku mamy moralnie czystą Polskę wolną od hazardu.


4. Powołana do wyjaśnienia afery lobbingowej Sejmowa Komisja Śledcza, zdominowana przez PO robi wszystko,  by nie zaszkodzić premierowi i jego formacji. Dlatego powołuje na świadków każdego, nie wyłączając członków samej komisji (Wasserman, Kempa), by odwlec  przesłuchanie tych, dla których została powołana. A najlepiej, by nigdy nie stanęli przed jej obliczem. Ciekaw jestem, jaki będzie jej końcowy raport. Może to właśnie przesłuchiwany ostatnio Gadzinowski będzie winny mieszania w ustawie?


Pod rządami znowelizowanej ustawy hazardowej wróciliśmy do znienawidzonych czasów PRL-u. Wtedy też w ustroju wiecznej szczęśliwości socjalistycznej nie było miejsca na hazard. Zdelegalizowany został hazard, a jego reklama jest przestępstwem. Firmy bookmacherskie, zarówno wirtualne jak i działające w realu pompowały do polskiego sportu olbrzymie pieniądze. Teraz to się skończy, bo sponsorzy oczekują od swych beneficjentów konkretnych korzyści, w tym przypadku umieszczenia w widocznym miejscu swego logo. Przywołane w artykule kluby piłkarskie już dziś tracą spore pieniądze. Wycofane dotacje sponsorów nie zostaną zastąpione pieniędzmi z budżetu, bo ich tam nie ma. Tym bardziej, że został jednym nierozważnym zapisem zamknięty kolejny kranik pompujący podatki z działalności firm hazardowych.


Przed innym dylematem stoi dziś organizator PŚ w skokach narciarskich w Zakopanem. Podpisał on umowę o sponsorowaniu przez firmę bookmacherską konkursów jeszcze przed uchwaleniem tego legislacyjnego bubla. Ma więc do wyboru złamanie obowiązującego prawa i zapłacenie grzywny w wysokości nawet do 10.000.000 PLN (dziesięć milionów), o czym wspomniano w artykule, lub postąpić zgodnie z prawem i narazić się na kary umowne za niewywiązanie się z umowy, lub przynajmniej żądanie zwrotu dotacji. Problemem będą też transmisje wielkich imprez  sportowych emitowanych z zagranicy, gdzie na ekranach polskich telewizorów będą bić po oczach Polaków owe inkryminowane reklamy.


Moim zdaniem nowela omawianej ustawy niewiele zmieni, poza zejściem hazardu do podziemia, jak to było za czasów PRL-u. Różnego rodzaju Sobiesiaki ze swymi jednorękimi bandytami będą działać w szarej strefie, nielegalne kasyna rozkwitną w zakamuflowanych norach, a imprezy sportowe na nowo zaroją się od bookmacherów-koników, jak to miało miejsce przed 89 rokiem. Państwo całkowicie straci kontrolę nad tą dziedziną działalności gospodarczej, a dodatkowe źródło zarobku zyskają służby porządkowe za przymykanie oka. Najbardziej straci jednak i tak już szary, mało atrakcyjny polski sport, bo przy tej mizerii i bylejakości nie widzę chętnych do pompowania pieniędzy dla stadionowych nieudaczników. Ci nieliczni Polacy ze światowej czołówki i tak dadzą sobie radę na międzynarodowych arenach.


Ustawę hazardową można było napisać inaczej. Potrzeba było jednak do tego trochę czasu i kilku ekspertów, którzy by przewidzieli  skutki głupich zapisów. Naszym wybrańcom potrzebny był jednak natychmiastowy "sukces", który podniósłby kurczące się słupki popularności. Ciekaw jestem tylko, kiedy zapatrzeni w Słońce Peru wyborcy spostrzegą, że są niemiłosiernie i cynicznie nabijani w butelkę? Bycie niePiS-em to trochę za mało do rządzenia. Trzeba się jeszcze zabrać za solidną pracę, bo po to w końcu ich wybraliśmy. A jeśli nie chce się robić, to może już czas odesłać Donka do tego co robił w młodości, czyli do malowania kominów, co mu wychodziło najlepiej.

komentarze (4) | dodaj komentarz

Po rocznicy Stanu Wojennego.

środa, 16 grudnia 2009 15:24

Rocznica Stanu Wojennego za  nami, wydarzenia sprzed 28 lat zostały skomentowane, a winny, czyli Generał został osądzony i skazany. Jedynie żal serce  ściska, że ci co wydali w swych światłych sumieniach wyroki, nie mogą ich za jednym zamachem wykonać. Jak słucham co ma do powiedzenia Najważniejszy Polski Bliźniak, trudno oprzeć się wrażeniu, że ma on pretensję do polskiego prawodawstwa jedynie za dożywocie, jakie może zaoferować Jaruzelskiemu. Jakże byłby szczęśliwy, gdyby mógł zastosować "czapę".

 
Jak zwykle po raz kolejny w związku z tą rocznicą wraca pytanie, czy groziła nam interwencja wojskowa "bratnich narodów". I jak zwykle najwięcej na ten temat mają do powiedzenia "spóźnieni partyzanci", którzy dwadzieścia lat po upadku starego systemu wciąż walczą z mityczną już dziś komuną. Walczą dzisiaj, gdy odwaga staniała, bo w tamtych czasach, kiedy trzeba było ryzykować, nadstawiać głowę, siedzieli za granicą, lub u mamusi pod pierzyną na Żoliborzu i modlili się, by srogie oko władzy tylko na nich nie spoczęło. Właśnie wtedy odwaga była w cenie, tylko nie każdego na nią było stać. Ale piersi do orderów chętnie wystawiają.


Nie da sie pisać i mówić o tamtym Grudniu w oderwaniu od geopolitycznych uwarunkowań w tej części Europy w 1981 roku. Kreml pilnie obserwował sytuację w Polsce. Ślepa i rozzuchwalona ustępliwością władzy Solidarność na I Zjeździe w gdańskiej Hali Olivii urządzała sobie jarmarczne, żenujące widowisko, żrąc się o stołki we władzach Związku. Frakcja Gwiazdów i Walentynowicz parła do konfrontacji, bardziej umiarkowana frakcja Wałęsy walczyła o "socjalizm z ludzką twarzą" pod hasłem "Socjalizm - tak, wypaczenia - nie". Inne pomniejsze koterie wahały się, po której stronie stanąć. Cały ten cyrk transmitowano na zewnątrz, gdzie na placu przed Halą setki, jeśli nie tysiące ludzi z zażenowaniem przysłuchiwało się "obradom" reprezentantów 10-ciomilionowego ruchu związkowego. Szczytem tego było uchwalenie w formie listu otwartego "Odezwy do narodów Związku Radzieckiego" wzywającej do buntu ludności ZSSR na wzór polskiej Solidarności.


I co, Kreml patrzył na to obojętnie? Wątpię. Czechosłowacja i Wschodnie Niemcy aż rwały się do interwencji. Ci pierwsi w odwet za Zaolzie i '68 rok. Za naszą wschodnią granicą trwały manewry na Ukrainie i Białorusi. W Polsce, w garnizonach Armii Czerwonej, żołnierze od początku grudnia nie wychodzili na przepustki, oficjalnie by nie drażnić Polaków. Całe te siły, zarówno wzdłuż granic jak i wewnątrz kraju czekały tylko na sygnał z Moskwy, by spacyfikować zbuntowaną Polskę. I nie trzeba było do tego "błagań" Generała. Zresztą, gdyby Jaruzelski "prosił" o interwencję, to na pewno nie zwracałby się do pionka, jakim był głównodowodzący wojskami Układu Warszawskiego. Decyzje w tej sprawie podejmowane były na Kremlu, w radzieckim politbiurze. A tam zasiadali ludzie, którzy już wcześniej podejmowali takie decyzje w latach 1956 i 1968. Kulikow byłby jedynie wykonawcą rozkazów, a nie decydentem. Generał Jaruzelski za dobrze orientował sie w tych zależnościach, by zwracać się z prośbą do nieodpowiednich osób.


IPN, publikując swoje "rewelacje" za bardzo się zagalopował. Nie fragmenty wspominek, do tego nie wiadomo kiedy spisanych, ze sztambucha fagasa marszałka Kulikowa są "dokumentem". Prawdziwe dokumenty, dotyczące planów ewentualnej interwencji, są zakopane głeboko w archiwach rosyjskich. A te nieprędko bedą otwarte dla historyków i będzie dobrze, jeśli nasze wnuki poznają choćby niewielkie ich fragmenty. Zadziwiająca jest natomiast wybiórcza wiara pracowników IPN i ich politycznych mocodawców w niektóre wypowiedzi rosyjskich polityków i wojskowych. Okazują się one "wiarygodne" wtedy, gdy można ich użyć do partykularnych celów politycznych. Ale w jakim stopniu zasługują na wiarę, pokazuje nowa polityka historyczna Rosji, czy do niedawna sprawa mordu katyńskiego, gdy oficjalna historiografia rosyjska obarczała winą za niego Niemców.


Pierwszy Zjazd Solidarności  w grudniu 1981 roku postanowił wyprowadzić na ulice polskich miast robotników w celu oddania hołdu poległym stoczniowcom z Gdańska i Gdyni. Gdyby 17 grudnia, w rocznicę Grudnia '70, doszło do masowych manifestacji, bilans ofiar tamtego czasu byłby nieporównanie większy niż to co pociągnął za sobą Stan Wojenny. Jestem skłonny wierzyć, że w tej sytucji doszłoby do interwencji z zewnątrz, bo znając historię poprzednich zrywów z lat 1956, 1968, 1970 i 1976 nie obeszłoby się bez aktów wandalizmu i rabunków, a kto wie czy nie zatakowano by placówek konsularnych ZSSR. To dałoby zielone światło Kremlowi do wprowadzenia wojsk na ziemie polskie w celu ochrony obywateli Związku Radzieckiego.


Logika nakazuje wątpić w prawdziwość rewelacji Anoszkina. Gdyby Jaruzelski rzeczywiście prosił o interwencję, w osiem lat później nie oddał by dobrowolnie władzy solidarnościowej opozycji. Rok 1981 nie sprzyjał tak głębokim przemianom. Nie ta atmosfera. Dopiero wymieranie kremlowskiego "domu starców" - poczynając od Brenżniewa  - na szczytach władzy radzieckiej kazało odmłodzić kierownictwo partii. Przyjście Gorbaczowa otworzyło nową erę w dziejach ZSSR i pociągnęło za sobą rozpad tego molocha. Otworzyło też Polsce i innym krajom bloku wschodniego drogę do niezależności. Jeną z największych korzyści jest to,  że zmiany poszły drogą pokojową, po raz pierwszy w naszych dziejach bez rozlewu krwi.

komentarze (4) | dodaj komentarz

Awantura o Kazimierza Wielkiego.

wtorek, 01 grudnia 2009 15:18

http://tiny.pl/hxpcn

Gdy to czytam i słyszę ogarnia mnie coraz większe zniechęcenia do polskiej polityki. Nasi światli reprezentanci coraz bardziej odbiegają od jakichkolwiek standardów. Dziś cofnęli sie o pnad 700 lat by lustrować jednego z najlepszych polskich monarchów. Króla, który kontynuując dzieło swego ojca, Władysława  Łokietka, podniósł Polskę prawie z niebytu po rozbiciu dzielnicowym. Okres jego panowania to ponad 40 lat odbudowy Polski, czas praktycznie bez wojen i budowa potegi kraju. Polityczna poprawność XX i XXI wieku pewne zidiociałe środowiska doprowadza do histerii, kiedy przykładają współczesne standardy do średniowiecznych realiów.

Szanowni politycy, pragnę wam zwrócić uwagę, że  w tamtych czasach   wydawanie panien za mąż w wieku 12 czy 13 lat było normą. Wtedy 18, 20 latka była już starą panną z niewielkimi szansami na zamążpójście. Wnuczka tegoż "pedofila" Kazimierza W. nie miała jwszcze 14 lat, gdy została wepchnięta do łożnicy litewskiego niedźwiedzia z puszczy, Jogajły, znanego pod imieniem Władysława Jagięłły. Chcąc przykładać miarkę wpółczesnego prawa do tamtej rzeczywistości, zastanówcie się, czy się przypadkiem nie ośmieszacie. Radzę poczytać trochę o historii, zanim wydalicie z siebie wasze chore fobie. Przykładając wasze normy, należałałoby uznać znakomitą większość nie tylko polskiego,  ale wręcz europejskiego społeczeństwa za pedofili, bo większość mocno nieletnich (w dzisiejszym rozumieniu) była uwodzona czy wżeniana w majątki. To nie był standard tylko średniowiecza Taka sytuacja trwała do XIX wieku, a i wiek XX, zwłaszcza jego pierwsza  połowa nie był wolny od tego rodzaju związków erotycznyczo-matrymonialnych.

To nasze  współczesne czasy wydłużyły dzieciństwo do 18 roku życia. Jeśli ktoś ma zamiar recenzować czyjeś życie, niech najpierw zapozna się z realiami w jakich osoba recenzowana żyła, a dopiero potem wystawia cenzurkę. Jeśli wam tak zależy, kochani, świętoszkowaci politycy na czystości życia, zabierzcie się za wyplenienie pedofilskich zachowań w środowisku waszych ulubieńców w czarnych sukienkach.

komentarze (0) | dodaj komentarz

Cuda pana premiera.

niedziela, 20 września 2009 13:56

Artykuł pod poniższym linkiem zainspirował mnie do napisania tego postu:

http://tiny.pl/hq9db

Po blisko dwóch latach swego urzędowania pan Premier Donald Tusk zaczyna realizować swój autorski, wyborczy program oparty na cudach. Donek Cudotwórca właśnie dzxiękuje setkom tysięcy młodych kobiet i dziewcząt, które zechciały poprzeć jego formację w marszu po władzę, a jemu samemu ułatwić drogę do Pałacu Namiestnikowskiego. Jest publiczną tajemnicą, że Tuskowa Platforma wygrała wybory w 2007 roku dzięki poparciu ludzi młodych, a więc dynamicznych i  patrzących w przyszłość. Ludzi w rozkwicie i w pełni sił witalnych i reprodukcyjnych. Dlatego, dziękując tym  młodym kobietom, potencjalnym kandydatkom na bycie mamą za poparcie, postanowił im ulżyć i uwolnić te "biedne istoty" od traumy godzenia ciąży i macierzyństwa ze "znienawidzoną" przez nie pracą zawodową i karierą. Już od nowego roku kierownicy urzędów państowych będą mogli sami, arbitralnie podjąć za nie decyzję. Wszak nasi przełożeni wiedzą najlepiej co jest dla kobiet najlepszym rozwiązaniem.

Jak znam życie i skuteczność pana Tuska, z tego "cudu" wyjdzie to samo, co z jego wszystkimi dotychczasowymi "dokonaniami", czyli jak zwykle wielkie nic.  Wyborcy PO dostają teraz kolejny sygnał od swych wybrańców, że stawiając krzyżyk przy nazwiskach z list Platformy, prędzej czy później dostaną od nich bolesnego klapsa po rękach. Może Donek uważa, że stosując wyborcze credo pana Prezydenta, który do potencjalnego wyborcy mówi "Spieprzaj Dziadu", zaskarbi sobie jeszcze większą i dozgonną miłość swoich wielbicieli?

Bez względu na dalsze losy tego projektu, wyborca dostał  wyraźny sygnał, co o nim myśli Premier. Kampania prezydencka już się zaczyna rozkręcać, a po 1 stycznia będzie nabierać coraz większego tempa. Mam  nadzieję, że kobiety wystawią Tuskowi odpowiednie "referencje" na prezydencki urząd.  Parę wiosen mam już za sobą, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by którykolwiek z polityków odważył się na podobny zamach na bezpieczeństwo zatrudnienia dla  ciężarnych lub przebywających na macierzyńskim urlopie kobiet. Trzeba być albo desperatem by się rzucić na taki hazard, albo głupcem, który wierzy, że sondażowe słupki będą w nieskończoność tkwiły w jednym miejscu.  PO ze swym wodzem na czele (inni zresztą też) już się nie raz przekonała, że sondaże to często bajki palcem na wodzie pisane.

W społecznym odczuciu panuje stereotyp, że rudym nie należy ufać. Tym bardziej więc dziwi niezmnienne niemal zaufanie dla jednego z najdardziej nieudolnych premierów III RP.  Przez prawie dwa lata swego urzędowania nie tylko nie zrealizował żadnego programu, żdnej obietnicy wyborczej, ale wręcz wdeptał je w ziemię. Zaufanie dla takiego człowieka deklarują ludziemłodzi, wykształceni,  o otwartych umysłach. Gdzież  się podział ich trzeżwy osąd, kiedy gra pozorów nabiera dla nich realnych kształtów?

lothian

komentarze (6) | dodaj komentarz

Deja vu.

środa, 17 czerwca 2009 12:55

Wczoraj przeczytałem artykuł o tarciach w SLD. Nie będę się rozwodził o frakcyjnych wojenkach podjazdowych w tej formacji, bo nie o to mi chodzi. Moją uwagę przyciągnęło to, co miał do powiedzenia szef partii, Grzegorz Napieralski.

Inkryminowana wypowiedź przeniosła mnie w surrealistyczny świat lat 50-tych. Poczułem, jakbym słuchał samego J. Cyrankiewicza lub nawet towarzysza "Wiesława", tylko w wersji light. Pan Napieralski raczył był się wyrazić o swych oponentach z partii mniej więcej w ten sposób: jeśli komuś nie podoba się kierunek jaki wytyczyło dla SLD kierownictwo (czytaj: JA), to niech opuści partyjne szeregi, a jeśli tego nie zrobi dobrowolnie, to zostanie wywalony na zbity pysk (podkreślenie to moja interpretacja).

Do klasyki już przeszło przemówienie Cyrankiewicza, w którym grzmiał: Każdemu, kto podniesie ręke na władzę ludową, tą rękę odrąbiemy". To, co raczył z siebie wydalić pan Grzegorz w złagodzonej wersji nawiązuje do najmroczniejszych czsów PRL-u. Pytam, co chciał osiągnąć swym oswiadczeniem? Czy ma to być  próba przeciągnięcia na swą stronę radiomaryjnego elektoratu od PiS-u? Zdaje się, że nasz młody aparatczyk zapomniał o prostej prawdzie, że nie ma w swych rękach jaczejki Ojca Dyrektora i nie ma co liczyć na jego poparcie. Jedyne, co może osiągnąć rywalizując z J. Kaczyńskim  w retoryce z czasów walki klasowej  młodej władzy ludowej, to utrata resztek elektoratu, zbliżonego do centrum, jakie jeszcze pozostały przy tej partii, nie zyskując nic w zamian. A za jego plecami tylko na to czeka konkurencja, gotowa w każdej chwili przytulić "do piersi" i zagospodarować sieroty po SLD.

komentarze (0) | dodaj komentarz

 12  »

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 21 marca 2010

Licznik odwiedzin: 66482

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

To, co tu piszę, to wyłącznie moje subiektywne myśli. W Puzzlach będę czsami zamieszczał lużne wspomnienia i tylko ja będę znał ich kolejność, stąd nazwa kategorii. Jako pierwszy temat na "na tape...

więcej...

To, co tu piszę, to wyłącznie moje subiektywne myśli. W Puzzlach będę czsami zamieszczał lużne wspomnienia i tylko ja będę znał ich kolejność, stąd nazwa kategorii. Jako pierwszy temat na "na tapetę" wziąłem "Wielką włóczęgę", czyli początek największej przygody mego życia, która trwa do dziś. Przypadek(?) sprawił, że nawet tu kolejność poszczególnych wpisów nie pokrywa się z chronologią zdarzeń, co dodatkowo uzasadnia nazwę kategorii.

schowaj...

O mnie

To ja.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 16.02.2010 21:55:48
  • autor: yoko
  • treść: NARESZCIE KTOŚ MÓWI ...