Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Donald Słupnik Cudotwórca.

niedziela, 17 stycznia 2010 18:58

Wpis jest komentarzem do poniższego artykułu.

 

http://tiny.pl/hmw69


Wpatrzony w sondażowe słupki premier skutecznie uprawia "politykę miłości" (nimfoman jakiś?). Tak umiłował poparcie wyborców, że postanowił uwolnić nas od grzesznych pokus hazardowej pułapki. Nasz polityczny Casanowa, premier Donald Słupnik Cudotwórca tym różni się od swego pierwowzoru Szymona Słupnika, że nie siedzi na szczycie zbudowanego przez siebie kamiennego słupa zwieńczonego platformą do medytacji, lecz na Platformie Obserwacyjnej (PO), z której zerka bez ustanku w ekran monitora zafascynowany stanem swoich notowań, czyli wysokością własnego sondażowego słupa. Każde tąpnięcie, powodujące kurczenie się owego słupka poparcia wywołuje nerwowe reakcje u Donka i nieobliczalne w skutkach posunięcia mające zneutralizować skutki wstrząsów. Takim tąpnięciem było opublikowanie jesienią ubiegłego roku przez CBA, pupila zarówno PO jak i PiS, stenogramów z podsłuchów rozmów ministrów (z rządu politycznego kochanka) kręcących własne lody w sferze hazardu.


Podrzucane PO co jakiś czas przez PiS zgniłe jaja jak na razie są skutecznie rozbrajane przez Donalda. Za każdym jednak razem pozostaje nieprzyjemny smrodek, a po jakimś czasie okazuje się na dodatek, że zabawa w sapera pociąga za sobą straty w budżecie, a więc de facto tracimy my wszyscy. Jako klasyczny przykład można podać kukułcze jajo podrzucone przez policję polityczną PiS-u, dla kamuflażu zwaną CBA, wspomniane wyżej stenogramy. W konsekwencji, w wyniku błyskawicznej reakcji premiera, gęsto posypały się głowy, a dzięki ustawie anty-hazardowej wylano dziecko z kąpielą. Dziś już tylko śledcza komisja hazardowa zaciera ślady za umoczonymi w lobbing politykierami PO z premierem na czele. Bo nikt mi nie wmówi, że pan premier nic nie wiedział, co dzieje się na jego rządowym folwarku


A oto kilka najważniejszych posunięć szefa rządu w odpowiedzi na przeciek z CBA do prasy niewygodnych dla niego dokumentów.


1. Premier odzyskuje CBA dymisjonując M. Kamińskiego. Sadzając na jego miejscu swojego człowieka, sam teraz staje się zleceniodawcą tego poronionego organu. Zaowocowało to nalotem na przeciwnika politycznego, Pawła Piskorskiego, jednego z dawnych liderów PO, A przy okazji nieco błota przylgnęło do konkurenta w wyścigu prezydenckim - Andrzeja Olechowskiego (wcześniej wymanewrowanego z PO jednego z założycieli tej partii). Olechowski jako potencjalny kandydat na prezydenta z ramienia SD ma duże szanse zagrozić premierowi w wyścigu do Dużego Pałacu. A Donald Tusk ma spore doświadczenie w odstraszaniu rywali, że przypomnę casus pana Cimoszewicza w ostatniej kampanii prezydenckiej.


2. Dymisja ministrów zamieszanych w lobbing, z wicepremierem G. Schetyną na czele. Oczywiście krzywda im się wielka nie stała, bo większość z nich pozajmowała inne prominentne stanowiska w partii i administracji. Ale my, elektorat otrzymaliśmy sygnał, że Donald nikomu nie będzie pobłażał. No i zaraz zachwyceni wyborcy napompowali słupki deklaracją poparcia dla rządzącej partii i jej szefa.


3. Mając pozamiatane w CBA i Gabinecie postanowił znowelizować ustawę o hazardzie. Zabrał się za to razem ze swoimi fachowcami w czasie obiadu i między zupą i drugim daniem napisali na kolanie nowelę, którą podrzucili Sejmowi i Senatowi, a prezydent ją przyklepał i od 1 stycznia tego roku mamy moralnie czystą Polskę wolną od hazardu.


4. Powołana do wyjaśnienia afery lobbingowej Sejmowa Komisja Śledcza, zdominowana przez PO robi wszystko,  by nie zaszkodzić premierowi i jego formacji. Dlatego powołuje na świadków każdego, nie wyłączając członków samej komisji (Wasserman, Kempa), by odwlec  przesłuchanie tych, dla których została powołana. A najlepiej, by nigdy nie stanęli przed jej obliczem. Ciekaw jestem, jaki będzie jej końcowy raport. Może to właśnie przesłuchiwany ostatnio Gadzinowski będzie winny mieszania w ustawie?


Pod rządami znowelizowanej ustawy hazardowej wróciliśmy do znienawidzonych czasów PRL-u. Wtedy też w ustroju wiecznej szczęśliwości socjalistycznej nie było miejsca na hazard. Zdelegalizowany został hazard, a jego reklama jest przestępstwem. Firmy bookmacherskie, zarówno wirtualne jak i działające w realu pompowały do polskiego sportu olbrzymie pieniądze. Teraz to się skończy, bo sponsorzy oczekują od swych beneficjentów konkretnych korzyści, w tym przypadku umieszczenia w widocznym miejscu swego logo. Przywołane w artykule kluby piłkarskie już dziś tracą spore pieniądze. Wycofane dotacje sponsorów nie zostaną zastąpione pieniędzmi z budżetu, bo ich tam nie ma. Tym bardziej, że został jednym nierozważnym zapisem zamknięty kolejny kranik pompujący podatki z działalności firm hazardowych.


Przed innym dylematem stoi dziś organizator PŚ w skokach narciarskich w Zakopanem. Podpisał on umowę o sponsorowaniu przez firmę bookmacherską konkursów jeszcze przed uchwaleniem tego legislacyjnego bubla. Ma więc do wyboru złamanie obowiązującego prawa i zapłacenie grzywny w wysokości nawet do 10.000.000 PLN (dziesięć milionów), o czym wspomniano w artykule, lub postąpić zgodnie z prawem i narazić się na kary umowne za niewywiązanie się z umowy, lub przynajmniej żądanie zwrotu dotacji. Problemem będą też transmisje wielkich imprez  sportowych emitowanych z zagranicy, gdzie na ekranach polskich telewizorów będą bić po oczach Polaków owe inkryminowane reklamy.


Moim zdaniem nowela omawianej ustawy niewiele zmieni, poza zejściem hazardu do podziemia, jak to było za czasów PRL-u. Różnego rodzaju Sobiesiaki ze swymi jednorękimi bandytami będą działać w szarej strefie, nielegalne kasyna rozkwitną w zakamuflowanych norach, a imprezy sportowe na nowo zaroją się od bookmacherów-koników, jak to miało miejsce przed 89 rokiem. Państwo całkowicie straci kontrolę nad tą dziedziną działalności gospodarczej, a dodatkowe źródło zarobku zyskają służby porządkowe za przymykanie oka. Najbardziej straci jednak i tak już szary, mało atrakcyjny polski sport, bo przy tej mizerii i bylejakości nie widzę chętnych do pompowania pieniędzy dla stadionowych nieudaczników. Ci nieliczni Polacy ze światowej czołówki i tak dadzą sobie radę na międzynarodowych arenach.


Ustawę hazardową można było napisać inaczej. Potrzeba było jednak do tego trochę czasu i kilku ekspertów, którzy by przewidzieli  skutki głupich zapisów. Naszym wybrańcom potrzebny był jednak natychmiastowy "sukces", który podniósłby kurczące się słupki popularności. Ciekaw jestem tylko, kiedy zapatrzeni w Słońce Peru wyborcy spostrzegą, że są niemiłosiernie i cynicznie nabijani w butelkę? Bycie niePiS-em to trochę za mało do rządzenia. Trzeba się jeszcze zabrać za solidną pracę, bo po to w końcu ich wybraliśmy. A jeśli nie chce się robić, to może już czas odesłać Donka do tego co robił w młodości, czyli do malowania kominów, co mu wychodziło najlepiej.

komentarze (4) | dodaj komentarz

(E)migracje. Pożegnanie z drzewem. (4)

środa, 13 stycznia 2010 13:31

Długie godziny spędzane na ziemi spowodowały powolne, acz nieuchronne zmiany, jakie zachodziły w dysydentach. Pierwsze zauważalne odstępstwa od normy pojawiły się w ich mentalności. Lekceważenie autorytetów i ignorowanie starszyzny było traktowane jako arogancja. Obfitość pożywienia zdobytego na ziemi uniezależniła ich od pokornego wyczekiwania na reszki z "pańskiego stołu", jak było do tej pory, gdy musieli cierpliwie czekać na swą kolejkę do "stołówki", kiedy najsmakowitsze kąski należały do wspomnień. Bardzo irytująca była bezsilność wobec krnąbrnych, brak stałej kontroli, a przez to możliwości dyscyplinowania "zbuntowanych" obieżyświatów. Ale zdecydowanie najgorszy był zły przykład dla reszty kolonii, bo nigdy nie wiadomo, co kryje się w głowach tych jeszcze lojalnych, czy nie krążą w nich jakieś  głupie myśli.


Obok zmian w psychice, nastąpiły nie mniej ważne, a kto wie czy nie decydujące o opuszczeniu w niedługim czasie drzewa, przemiany fizyczne. Poruszanie się po ziemi wymusiło oderwanie rąk od podłoża, co ułatwiało nie tylko przemieszczanie się wąskimi często przejściami, ale zwiększało zasięg wzroku i dawało nieograniczone pole obserwacji we wszystkich kierunkach bez konieczności zmiany pozycji. Większe pole widzenia, dzięki wyprostowanej postawie, pozwalało wcześniej dostrzec zagrożenia, a to z  kolei dawało czas na jego ocenę i obranie odpowiedniej taktyki. Ten sposób poruszania się po ziemi  oddawał w nowych warunkach nieocenione usługi.


Wyprostowana postawa, korzystna w życiu na parterze dżungli wystawiła srogi rachunek. Kiedy trzeba było wracać na drzewo, okazywało się, że ciało, doskonale radzące sobie na ziemi, zwinne i szybkie w reakcjach, na górze stawało sie sztywne i mało elastyczne. Coraz trudniej było utrzymać równowagę, a już spokojny sen stawał się echem dawno przebrzmiałych wspomnień. Prosty kręgosłup dostosowany do warunków aktywności na dwóch nogach, był za mało elastyczny do życia na drzewie. O tym coraz częściej przekonywali się naziemni turyści. Ich odpoczynek na drzewie zamienił sie na ciągłe czuwanie, by nie spaść w czasie snu z gałęzi, lub na ryzyko bolesnego kontaktu z gruntem, gdy ktoś zapadał w zbyt głęboką drzemkę.


Zwolennicy nowości chętnie opuściliby bezpieczne schronienie na drzewie, ale od tego kroku powstrzymywały ich nocne obserwacje. Niepokojące szelesty i trzaski dochodzące z dołu i świecące ze wszystkich stron ślepia drapieżników, nocnych łowców skutecznie odstraszały od ostatecznej decyzji. Niebezpieczeństwo nie było wyolbrzymione przez wybujałą wyobraźnię, lecz całkowicie realne. Świadczyły o tym ślady na ziemi. Nie każdemu pechowcowi, który spadł w czasie snu udawało się wrócić w bezpieczne objęcia konarów; rdzawe plamy na trawie i rozwłóczone, oczyszczane właśnie przez mrówki z miękkich tkanek kości, były świadectwem nocnej tragedii i przypominały o zagrożeniach na dole.


Sytuacja była niezbyt komfortowa. Z jednej strony nieznane zagrożenia czyhające na ziemi, z drugiej co najmniej mało przyjazny, by nie powiedzieć wrogi stosunek konserwatywnych kuzynów, chcących relegować z drzewa odszczepieńców. Tylko jeszcze lęk przed nieznanym trzymał ich na niewygodnym drzewie, opóźniając nieuchronny moment pożegnania dotychczasowego schronienia. Jak to często bywa, przypadek zadecydował o zejściu z drzewa na zawsze.


Z upływem czasu w swych wędrówkach nasi przodkowie poznawali coraz odleglejsze od ich siedziby zakątki. Gnani ciekawością, co też kryje się za kolejnym pagórkiem, odkrywali nowe miejsca obfitujące w pożywienie i wabiące nowością. W końcu poznali okolicę do tego stopnia, że znali każde drzewo, każdy korzeń i kamień, każde bajorko i sadzawkę. Dalej się nie zapuszczali, bo byli na granicy bezpiecznego powrotu na swoje drzewo przed zmrokiem. Jednak kusił ich tajemniczy szmer zza następnego wzgórza. Szmer monotonny, uspokajający, usypiający.


Pewnego dnia dotarli do tych miejsc nieco wcześniej, więc kilkuosobowa grupka śmiałków postanowiła sprawdzić, co też jest źródłem tego miłego dla ucha szeptu. Ruszyli, kierując się jego wabiącym głosem i niebawem drogę zagrodził im leśny strumień. Krystalicznie czysta woda ukazywała kamieniste dno, a przedzierające się przez listowie promienie słoneczne grały wszystkimi kolorami tęczy na mokrych kamieniach na brzegu strumienia. Jego woda, zimna i ożywcza miała zupełnie inny smak niż ten zatęchły, zapamiętany z licznych bajorek i sadzawek. Spenetrowali okolicę  w górę i w dół strumyka zapominając o upływającym czasie. Dopiero gdy wydłużone cienie zaalarmowały naszych odkrywców, że dzień powoli dobiega końca, zdali sobie sprawę, że nie zdążą powrócić do swego "domu" przed zmrokiem i muszą  poszukać miejsca na koczowisko. Miejsca, które zapewni im minimum bezpieczeństwa.


Przed nimi była pierwsza noc, którą mieli spędzić z dala od swego rodzinnego drzewa, najprawdopodobniej na ziemi. Nauczeni doświadczeniem wiedzieli, że na gościnę na okolicznych drzewach nie mają co liczyć, bo te, zasiedlone, były zawsze zaciekle bronione przez swych mieszkańców przed intruzami. Zdając się na instynkt, ruszyli z biegiem strumienia, licząc na znalezienia odpowiedniego miejsca na nocleg.

komentarze (0) | dodaj komentarz

Łapówka (?).

środa, 06 stycznia 2010 21:56

Nie ma chyba w Polsce takiego człowieka, który nigdy nie splamił się wręczeniem łapówki. Ten grzech nie ominął też autora tych słów. Na szczęście stało się to w dawno i słusznie minionych czasach schyłkowego PRL-u, co jedynie potwierdza, że tamten zdegenerowany i skorumpowany, obcy Polakom-katolikom system musiał upaść. Potwierdziła zresztą ten fakt komediantka (z klanu aktorskiego) Joasia Szczepkowska oznajmiając radosnym szczebiotem z telewizyjnych ekranów w "Dzienniku Telewizyjnym": "Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm". I muszę przyznać, że miała się z czego cieszyć. Komuna bowiem straszliwie ją prześladowała, zsyłając do pracy w teatrach i katując rolami w produkcjach telewizyjnych i kinowych.


Dziś żyjemy w Świętej Najjaśniejszej III (a może IV) RP i korupcji po prostu nie ma, bo na straży stoi 561 Sprawiedliwych i Moralnych (Sejm - 460 + Senat - 100 + Prezydent - 1) i wszelakim Rywinom, Zbychom, Rychom i Miro'm mówią stanowcze NIE, a do pomocy mają Sejmowe Komisje Śledcze, CBA i agenta Tomka. W takich warunkach trudno się dziwić, że korupcja w naszym kraju jest obecnie niemożliwa. A nad tym wszystkim czuwa, jak przystało na kraj w 99,7% katolicki, Episkopat Polski, który zaskromne "Bóg zapłać" nie żałuje wody święconej i leje ją strumieniami, byśmy tylko nie zbłądzili na manowce grzechu łapownictwa.

                                                                            ***

Wszystko o czym poniżej piszę wydarzyło się w piątek, 13-ego.


Jest połowa lat 80-tych, a ja mam już 27 lat. W wojsku do tej pory nie byłem, a przepisy w tym czasie mówiły, że powszechnemu obowiązkowi wojskowemu podlega każdy osobnik płci męskiej do 27 roku życia. Przy czym nie liczy się metrykalny zapis, lecz ten graniczny wiek dotyczy całego rocznika. Działa to w ten sposób, że jeśli ktoś urodził się 1 stycznia, to mógł trafić w kamasze nawet 31 grudnia, choć praktycznie miał już 28 lat. Jednym słowem, cały rocznik ma owe 27 lat, bez względu na to, w którym dniu roku ktoś się urodził. A ja się urodziłem w styczniu.


Woisną AD 198? dostaję wezwanie do WKU. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, ponieważ wiedziałem, że może to oznaczać dwa lata przerwy w życiorysie. Każdy kto był w armii wie doskonale, że "kot" o kilka lat starszy od aktualnego rocznika ma przerąbane. Ale nie miałem wyboru, musiałem się stawić. Tak więc uzbrojony w wezwanie i zaświadczenie o aktualnym zatrudnieniu, jadę do Gdyni i ustawiam się w kolejce takich samych nieszczęsnych frustratów jak ja. Co chwila kapral z recepcji wyczytuje jakieś nazwisko, a  jego poprzednik wychodzi blady jak ściana, ściskając w jednym ręku książeczkę a w drugim "bilet". W ciągu godziny mojego oczekiwania nikt nie wyszedł z "przeniesieniem do  rezerwy". Kiedy więc kapral wywołał moje nazwisko, szedłem jak swego czasu król Ludwik XVI na giłotynę pogodzony ze swym losem.


Wchodzę do gabinetu, w którym urzęduje srogi Chorąży, pan życia i śmierci biednych, mocno lub nieco przeterminowanych poborowych, którzy już dawno powinni być na wojskowej emeryturze. Ten stosunkowo młody ni to oficer, ni to podoficer zabrał moją książeczkę wojskową i przeszedł do formalnego przesłuchania. Imię, nazwisko, adres... wszystko się zgadzało. Kolejne pytanie:

   
    - Gdzie pracujesz?
    - W kinie.
    - Zaświadczenie?
    - Proszę - podaję mu odpowiedni świstek z OPRF.


(Tu mała dygresja. To był rok gdy w kinach hitem był "Klasztor Shaolin". Kolejki do kas ustawiały sie już od samego rana, co i tak nie dawało gwarancji  na dostanie biletu. Nie wiem jak jest dzisiaj, ale w  tamtych czasach, gdy wszystkie kina należały do PPRF/OPRF, wszyscy pracownicy otrzymywali każdego miesiąca deputat w postaci wejściówek do kina, częściowo odpłatnych, w tym 15 jednoosobowych bezpłatnych i 8 dwuosobowych, za które płaciliśmy symboliczną złotówkę za każdą, czyli 50 groszy za osobę. Tak się szczęśliwie złożyło, że poprzedniego dnia odebrałem od kierownika kina mój przydział, ale nie zdążyłem "wrzucić" na kasę, bo ta już była zamknięta. Stając więc przed obliczem Chorążego miałem przy sobie swoje wejściówki, nie zdając sobie sprawy z tego, jaki skarb posiadam. Wejściówki te upoważniały do wejścia do każdego kina w  Polsce, a jej okaziciel wybierał sobie miejsce na widowni podchodząc do kasy poza kolejnością.)


Kiedy Chorąży przekonał się, że jestem rzeczywiście pracownikiem kina, zmienił się jego ton rozmowy.

   
    - Wie pan, staram się dostać bilety na "Klasztor", ale to jest bardzo trudne, bo przeważnie do południa wszystkie są sprzedane. Obiecałem żonie, że postaram się o bilety. Nie wie pan jak to można załatwić?
    - Wiem.


Wyjąłem z kieszeni swój przydział, oderwałem jedną podwójną wejściówkę i podałem Chorążemu, wyjaśniając, co ma z tym zrobić. Muszę przyznać, że nie krył zadowolenia, o czym świadczyła jego mina. Kazał mi poczekać na korytarzu, zatrzymując u siebie moją książeczkę wojskową. Po mnie do gabinetu wszedł kolejny delikwent, a mnie obstąpili inni dopytując się o szczegóły. Niewiele mogłem powiedzieć, bo sam nie wiedziałem na czym stoję. Musiałem uzbroić się w cierpliwość, bo mój wojskowy dokument powędrował o kilka szczebli wyżej, bo jak się potem okazało, pod ostatnim wpisem widniał podpis pułkownika. zanim zostałem ponownie poproszony do gabinetu, jeszcze dwóch czy trzech stawiło się przed obliczem Chorążego, a kiedy wychodzili, ich miny świadczyły,że nie maja szczęścia. No i karty powołania mówiły same za siebie.


Po około półgodzinnym oczekiwaniu ponownie wszedłem do gabinetu, a Chorąży z uśmiechem wręczył mi książeczkę wojskową. Nie śmiałem przy nim zaglądać do środka by sprawdzić co też tam napisano, ale jedno było pewne, między jej kartkami nie było dodatkowego dokumentu w postaci tak zwanego "biletu". Za to po wyjściu na korytarz przeczytałem w odpowiedniej rubryce, że szeregowy Witold. K. został przeniesiony do rezerwy dnia 13 xx 198?r. Na wszelki wypadek szybko opuściłem gościnne progi WKU na wypadek, żeby ktoś się tam nie rozmyślił.


Idąc do tej przyjaznej instytucji nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogę skorumpować (pod)oficera. Nie miałem pojęcia, że bilet o nominalnej wartości 1 złoty polski może mieć moc anulowania karty powołania. Od tego pamiętnego dnia we wszystkich ankietach mogłem z czystym (prawie) sumieniem wpisywać w rubryce: Stosunek do  służby wojskowej - uregulowany. Dziś, po latach, zastanawiam się, czy jest w naszym kraju jeszcze ktoś, kto tak niewielkim kosztem załatwił ważną życiowo sprawę.


P.s. Jak doszło do tego, że wojsko przypomniało sobie o mnie kiedy miałem 27 lat to temat na osobny wpis. Niedługo napiszę o tym, bo po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że tak naprawdę jednak byłem w wojsku, a moja "służba" trwała ponad 5 lat.

komentarze (10) | dodaj komentarz

Po świętach.

środa, 30 grudnia 2009 13:10

To już były moje szóste święta na emigracji. Jednak pod kilkoma względami są to pierwsze święta (i pierwsza zima), które różnią się od poprzednich pięciu, jakie przeżyłem w Edynburgu.


Edynburg położony jest na wybrzeżu, przez co śnieżne zimy są tu czymś wyjątkowym. Ma na to wpływ między innymi to, że w pobliżu mieszają się prądy morskie: ciepły Golfstrom z zimnym prądem polarnym. I choć w głębi Szkocji, na terenach górskich ziemię okrywa puszysta, biała, śnieżna "pierzyna", na wybrzeżach z reguły występuje "deficyt" śniegu. Nie znaczy to jednak, że jesteśmy go całkowicie pozbawieni. Co to, to nie. Jeśli jednak śnieg spadnie, to utrzymuje się zwykle dzień lub dwa i z początkowej atrakcji przeradza się w zmorę błota pośniegowego.



W tym roku jest inaczej. Śnieg po raz pierwszy odkąd tu jestem spadł jeszcze na tydzień przed początkiem kalendarzowej zimy i utrzymywał się dzięki ujemnym temperaturom aż do świąt. Tak więc mieliśmy w tym roku prawdziwe, Białe Boże Narodzenie jakie pamiętam ze Starego Kraju. Dopiero lekka odwilż i deszcz na początku tygodnia uporały się z resztkami tego białego "dobra", którego nikt nie sprzątał z chodników i spacer po zmarzniętej, lodowo-śniegowej skorupie wymagał nie lada umiejętności akrobatycznych. (To też paradoksalnie dawało namiastkę ojczystego kraju).


Pewne wydarzenie w życiu mojego brata spowodowało, że na dwa tygodnie całkowicie zawiesiłem aktywność na swoim blogu, nie miałem głowy do odpowiedzi na komentarze, ani nie udzielałem się na zaprzyjaźnionych blogach. Może kiedyś napiszę szerzej o tym, dziś jedynie powiem, że patrząc na brata, rozmawiając z nim, po raz pierwszy zacząłem zastanawiać się nad tym, że należy zwolnić, coś zmienić  w swoim życiu. To odpowiedni czas na refleksje.


Dziękuję wszystkim za życzenia świąteczne i przepraszam, że się nie zrewanżowałem. Teraz nadrabiam tamto zaniedbanie. Przed nami Sylwester, czas Karnawału, zabaw i szaleństwa. Życzę wszystkim, którzy zagoszczą w moich "progach" szampańskiej zabawy i wspaniałych wrażeń z ostatniej nocy mijającego roku. I by Nowy, 2010 Rok, był wolny od trosk, zawirowań i tąpnięć. By odchodzący Stary Rok zabrał ze sobą to co najgorsze było w Waszym  życiu, a nadchodzący przyniósł ze sobą same piękne i radosne dni i wydarzenia. Niech wszystkim spełniają się marzenia i pragnienia.

P.s. W komentarzach do jednego z poprzednich wpisów zauważyłem wulgarne wypowiedzi.  Wszystkie tego typu "wynurzenia" będę usuwał,  proszę więc nie wstawiać takich "kwiatków".

komentarze (2) | dodaj komentarz

Po rocznicy Stanu Wojennego.

środa, 16 grudnia 2009 15:24

Rocznica Stanu Wojennego za  nami, wydarzenia sprzed 28 lat zostały skomentowane, a winny, czyli Generał został osądzony i skazany. Jedynie żal serce  ściska, że ci co wydali w swych światłych sumieniach wyroki, nie mogą ich za jednym zamachem wykonać. Jak słucham co ma do powiedzenia Najważniejszy Polski Bliźniak, trudno oprzeć się wrażeniu, że ma on pretensję do polskiego prawodawstwa jedynie za dożywocie, jakie może zaoferować Jaruzelskiemu. Jakże byłby szczęśliwy, gdyby mógł zastosować "czapę".

 
Jak zwykle po raz kolejny w związku z tą rocznicą wraca pytanie, czy groziła nam interwencja wojskowa "bratnich narodów". I jak zwykle najwięcej na ten temat mają do powiedzenia "spóźnieni partyzanci", którzy dwadzieścia lat po upadku starego systemu wciąż walczą z mityczną już dziś komuną. Walczą dzisiaj, gdy odwaga staniała, bo w tamtych czasach, kiedy trzeba było ryzykować, nadstawiać głowę, siedzieli za granicą, lub u mamusi pod pierzyną na Żoliborzu i modlili się, by srogie oko władzy tylko na nich nie spoczęło. Właśnie wtedy odwaga była w cenie, tylko nie każdego na nią było stać. Ale piersi do orderów chętnie wystawiają.


Nie da sie pisać i mówić o tamtym Grudniu w oderwaniu od geopolitycznych uwarunkowań w tej części Europy w 1981 roku. Kreml pilnie obserwował sytuację w Polsce. Ślepa i rozzuchwalona ustępliwością władzy Solidarność na I Zjeździe w gdańskiej Hali Olivii urządzała sobie jarmarczne, żenujące widowisko, żrąc się o stołki we władzach Związku. Frakcja Gwiazdów i Walentynowicz parła do konfrontacji, bardziej umiarkowana frakcja Wałęsy walczyła o "socjalizm z ludzką twarzą" pod hasłem "Socjalizm - tak, wypaczenia - nie". Inne pomniejsze koterie wahały się, po której stronie stanąć. Cały ten cyrk transmitowano na zewnątrz, gdzie na placu przed Halą setki, jeśli nie tysiące ludzi z zażenowaniem przysłuchiwało się "obradom" reprezentantów 10-ciomilionowego ruchu związkowego. Szczytem tego było uchwalenie w formie listu otwartego "Odezwy do narodów Związku Radzieckiego" wzywającej do buntu ludności ZSSR na wzór polskiej Solidarności.


I co, Kreml patrzył na to obojętnie? Wątpię. Czechosłowacja i Wschodnie Niemcy aż rwały się do interwencji. Ci pierwsi w odwet za Zaolzie i '68 rok. Za naszą wschodnią granicą trwały manewry na Ukrainie i Białorusi. W Polsce, w garnizonach Armii Czerwonej, żołnierze od początku grudnia nie wychodzili na przepustki, oficjalnie by nie drażnić Polaków. Całe te siły, zarówno wzdłuż granic jak i wewnątrz kraju czekały tylko na sygnał z Moskwy, by spacyfikować zbuntowaną Polskę. I nie trzeba było do tego "błagań" Generała. Zresztą, gdyby Jaruzelski "prosił" o interwencję, to na pewno nie zwracałby się do pionka, jakim był głównodowodzący wojskami Układu Warszawskiego. Decyzje w tej sprawie podejmowane były na Kremlu, w radzieckim politbiurze. A tam zasiadali ludzie, którzy już wcześniej podejmowali takie decyzje w latach 1956 i 1968. Kulikow byłby jedynie wykonawcą rozkazów, a nie decydentem. Generał Jaruzelski za dobrze orientował sie w tych zależnościach, by zwracać się z prośbą do nieodpowiednich osób.


IPN, publikując swoje "rewelacje" za bardzo się zagalopował. Nie fragmenty wspominek, do tego nie wiadomo kiedy spisanych, ze sztambucha fagasa marszałka Kulikowa są "dokumentem". Prawdziwe dokumenty, dotyczące planów ewentualnej interwencji, są zakopane głeboko w archiwach rosyjskich. A te nieprędko bedą otwarte dla historyków i będzie dobrze, jeśli nasze wnuki poznają choćby niewielkie ich fragmenty. Zadziwiająca jest natomiast wybiórcza wiara pracowników IPN i ich politycznych mocodawców w niektóre wypowiedzi rosyjskich polityków i wojskowych. Okazują się one "wiarygodne" wtedy, gdy można ich użyć do partykularnych celów politycznych. Ale w jakim stopniu zasługują na wiarę, pokazuje nowa polityka historyczna Rosji, czy do niedawna sprawa mordu katyńskiego, gdy oficjalna historiografia rosyjska obarczała winą za niego Niemców.


Pierwszy Zjazd Solidarności  w grudniu 1981 roku postanowił wyprowadzić na ulice polskich miast robotników w celu oddania hołdu poległym stoczniowcom z Gdańska i Gdyni. Gdyby 17 grudnia, w rocznicę Grudnia '70, doszło do masowych manifestacji, bilans ofiar tamtego czasu byłby nieporównanie większy niż to co pociągnął za sobą Stan Wojenny. Jestem skłonny wierzyć, że w tej sytucji doszłoby do interwencji z zewnątrz, bo znając historię poprzednich zrywów z lat 1956, 1968, 1970 i 1976 nie obeszłoby się bez aktów wandalizmu i rabunków, a kto wie czy nie zatakowano by placówek konsularnych ZSSR. To dałoby zielone światło Kremlowi do wprowadzenia wojsk na ziemie polskie w celu ochrony obywateli Związku Radzieckiego.


Logika nakazuje wątpić w prawdziwość rewelacji Anoszkina. Gdyby Jaruzelski rzeczywiście prosił o interwencję, w osiem lat później nie oddał by dobrowolnie władzy solidarnościowej opozycji. Rok 1981 nie sprzyjał tak głębokim przemianom. Nie ta atmosfera. Dopiero wymieranie kremlowskiego "domu starców" - poczynając od Brenżniewa  - na szczytach władzy radzieckiej kazało odmłodzić kierownictwo partii. Przyjście Gorbaczowa otworzyło nową erę w dziejach ZSSR i pociągnęło za sobą rozpad tego molocha. Otworzyło też Polsce i innym krajom bloku wschodniego drogę do niezależności. Jeną z największych korzyści jest to,  że zmiany poszły drogą pokojową, po raz pierwszy w naszych dziejach bez rozlewu krwi.

komentarze (4) | dodaj komentarz

List do Świętego Mikołaja.

piątek, 11 grudnia 2009 23:19

Każdego roku piszemy tysiące listów do Świętego Mikołaja. Nie tylko dzieci, również dorośli są  niepoprawnymi optymistami i spisują swe marzenia na papierze, by następnie umieścić ja za oknem na parapecie z nadzieją, że mikołajkowe Elfy je dostrzegą, lub wrzucają do skrzynki pocztowej, zatrudniając listonosza w charakterze  Elfa. Ja w tym wpisie zajmę się tym, co dzieje się z listami wysyłanymi drogą oficjalną. Ponieważ miałem okazję pracować na poczcie zarówno w Polsce jak i w Szkocji, mogę porównać podejście pocztowców do problemu mikołajkowej korespondencji w obu tych krajach.


Zacznę od mojego kraju rodzinnego, od Polski. Dawno temu, w latach środkowego Gierka miałem okazje bać listonoszem w Polsce. W okresie przedświątecznym zdarzało się, że trafiały na pocztę listy adresowane do Świętego Mikołaja. Na ogół budziły one ogólną wesołość i były obiektem kpin i złośliwości pracowników. Pół biedy, kiedy nadawca zostawiał swój ślad w postaci adresu zwrotnego.  W takim przypadku większość listonoszy brała te listy w rejon i dyskretnie dostarczaliśmy je rodzicom dzieci, które te listy pisały. bywało jednak też tak, że ktoś taki list otwierał i wtedy była "kupa prymitywnego śmiechu" z autora. Żenujące "widowisko" poparte "żartami" ze znajomości gramatyki 7/8-latka. Zwłaszcza kiedy "żartowniś" posługiwał sie niezwykle ubogim słownictwem wzbogaconym o wiadome "ozdobniki". Kierownictwo nie interweniowało w takich przypadkach, bo też  sami nie wiedzieli, co z  takim listem zrobić. Tajemnica korespondencji zdawała się wtedy nie istnieć.


Dwa lata temu miałem okazję w okresie świątecznym pracować w sortowni pocztowej w Edynburgu od października do stycznia. W tym czasie w ciągu tygodnia trafiało do mnie kilka do kilkunastu listów do Santa Klaus, różnie zaadresowanych - począwszy od pełnego adresu, poprzez tylko imię Świętego Mikołaja, kończąc na wpisaniu jedynie słowa: Laponia. Trzymając taki list w ręku, wiadomo było, kto jest adresatem. Za pierwszym razem nie wiedziałem co z nim zrobić, zapytałem więc menedżera, a ten wyjaśnił, że należy je wkładać do przegródki na listy międzynarodowe. Stąd są wysyłane do Finlandii, a tam są kierowane pod konkretny adres za kołem podbiegunowym, gdzie istnieje poczta odbierająca listy do jednego tylko adresata i wbrew pozorom ma ona bardzo dużo pacy. Tym odbiorcą jest właśnie Świety Mikołaj, a zwłaszcza w okresie przedświątecznym dostaje bardzo dużo listów z całego świata. Są to jedyne listy, od których nie jest wymagana opłata pocztowa

komentarze (12) | dodaj komentarz

Awantura o Kazimierza Wielkiego.

wtorek, 01 grudnia 2009 15:18

http://tiny.pl/hxpcn

Gdy to czytam i słyszę ogarnia mnie coraz większe zniechęcenia do polskiej polityki. Nasi światli reprezentanci coraz bardziej odbiegają od jakichkolwiek standardów. Dziś cofnęli sie o pnad 700 lat by lustrować jednego z najlepszych polskich monarchów. Króla, który kontynuując dzieło swego ojca, Władysława  Łokietka, podniósł Polskę prawie z niebytu po rozbiciu dzielnicowym. Okres jego panowania to ponad 40 lat odbudowy Polski, czas praktycznie bez wojen i budowa potegi kraju. Polityczna poprawność XX i XXI wieku pewne zidiociałe środowiska doprowadza do histerii, kiedy przykładają współczesne standardy do średniowiecznych realiów.

Szanowni politycy, pragnę wam zwrócić uwagę, że  w tamtych czasach   wydawanie panien za mąż w wieku 12 czy 13 lat było normą. Wtedy 18, 20 latka była już starą panną z niewielkimi szansami na zamążpójście. Wnuczka tegoż "pedofila" Kazimierza W. nie miała jwszcze 14 lat, gdy została wepchnięta do łożnicy litewskiego niedźwiedzia z puszczy, Jogajły, znanego pod imieniem Władysława Jagięłły. Chcąc przykładać miarkę wpółczesnego prawa do tamtej rzeczywistości, zastanówcie się, czy się przypadkiem nie ośmieszacie. Radzę poczytać trochę o historii, zanim wydalicie z siebie wasze chore fobie. Przykładając wasze normy, należałałoby uznać znakomitą większość nie tylko polskiego,  ale wręcz europejskiego społeczeństwa za pedofili, bo większość mocno nieletnich (w dzisiejszym rozumieniu) była uwodzona czy wżeniana w majątki. To nie był standard tylko średniowiecza Taka sytuacja trwała do XIX wieku, a i wiek XX, zwłaszcza jego pierwsza  połowa nie był wolny od tego rodzaju związków erotycznyczo-matrymonialnych.

To nasze  współczesne czasy wydłużyły dzieciństwo do 18 roku życia. Jeśli ktoś ma zamiar recenzować czyjeś życie, niech najpierw zapozna się z realiami w jakich osoba recenzowana żyła, a dopiero potem wystawia cenzurkę. Jeśli wam tak zależy, kochani, świętoszkowaci politycy na czystości życia, zabierzcie się za wyplenienie pedofilskich zachowań w środowisku waszych ulubieńców w czarnych sukienkach.

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kobieta.

piątek, 27 listopada 2009 14:49

Po krótkiej przerwie przeznaconej na wędrówki po przesądach oraz po  uliczkach Edynburga wracam na chwilę do refleksji lingwistycznych. Dziś na warsztat wezmę miłe dla męskiego oka i ucha słowo słowo - kobieta. Słowo, które w swych aktach personalnych wpisuje więcej niż połowa polskiego społeczeństwa. Dla porządku dodam,że ta piękniejsza połowa. W tym celu ponownie muszę się udać w zamierzchłe, schyłkowe czasy pogaństwa i początki chrześcijaństwa  na ziemiach polskich. Czyli po raz kolejny odwołam się do języka staropolskiego.


Przed wiekami, na werbalne określenie płci nadobnej używano w potocznym języku takich słów, jak: "białogłowa", "niewiasta", "białka" czy "żona". Obok tych powszechnie używanych, oficjalnych zwrotów, funkcjonowała reż nazwa "kobieta". Nie obejmowała ona jednak ogółu przedstawicielek słabszej (?) płci, lecz dotyczyła pewnej wąskiej jej grupy. Z czasem jednak niemal każda niewiasta stawała się w końcu kobietą. Oczywiście przekroczenie tej granicy nie odbywało się tak jak dziś, gdy dziewczyna po pierwszej miesiączce z dziecka przeobraża się w kobietę, lecz moment ten był przesunięty na drugi biegun jej życia, gdy po menopauzie nie była już zdolna do reprodukcji (co za fatalne określenie). Do tego dochodził problem szybkiego starzenia się organizmu i związanych z tym chorób i dolegliwości. Kobiety (używam tego słowa w jego pierwotnym znaczeniu) nie miały, tak jak ich współczesne potomkinie, dostępu do osiągnięć nowoczesnej medycyny, gdy 40/45-latka cieszy się jeszcze pełnią życia. One przed tysiącem lat stały na krawędzi równi pochyłej, skąd droga prowadziła nieuchronnie w niebyt.


"Kobieta" to określenie gwarowe, ludowe. Przez wieki funkcjonowało jedynie w środowisku wiejskim, kmiecym, a następnie chłopskim. Kobiet nigdy nie było wśród przedstawicielek ziemiaństwa i w miastach. Było to określenie pejoratywne, co najmniej lekceważące, by nie powiedzieć pogardliwe. Pochodzi od słowa "kobia", czyli trzcina do wyplatania koszy zwanych kobiałkami. Kobiety zajmowały się pracami "lżejszymi", nie związanymi z ciężkimi pracami polowymi i gospodarskimi. Pilnowały dzieci, bo młodsze niewiasty były potrzebne na roli lub do prac w zagrodzie, trudniły się zbieractwem runa leśnego i chrustu i rzecz jasna trzciny w okresie jesiennym, z której wyplatały kosze do przechowywania plonów, a ze słomy nakrycia głowy do ochrony przed palącymi promieniami słońca przy pracach pod gołym niebem w upalne dni. Mimo, że ich wyroby przynosiły wymierne korzyści, bo stanowiły doskonały środek płatniczy w handlu wymiennym, a także dobrze służyły domownikom, były gorzej traktowane, ba, niemal uważane były za darmozjadów. Stąd nieco pogardliwe znaczenie, jakie nadano słowu "kobieta".


Z upływem wieków, w miarę rozwoju rzemiosła i handlu, i unowocześniania gospodarki, kosze wiklinowe i trzcinowe stały się równie pożądanym towarem co beczki, antały, dzbany i skrzynie. Po średniowieczu, od XV do XVII wieku w miastach powstawały liczne manufaktury rzemieślnicze trudniące się produkcją koszy. Te potrzebowały dużo surowca, którego zbieraniem zajmowała się miejska biedota, w zdecydowanej większości właśnie kobiety. Wraz z przejęciem tych zadań od kobiet wiejskich, do miasta przeniknęło również określenie pań trudniących się tym procederem, a słowo kobieta powoli zatracała swe pierwotne, pejoratywne znaczenie. Raczej funkcjonowało w tym czsie jako określenie grupy zawodowej, której praca ma swoją określoną cenę.


W wiekach XVIII i XIX, gdy małe warsztaty i manufaktury rozrastały się, stając się powoli nowoczesnymi zakładami przemysłowymi, wzrastało ich zapotrzebowanie na ręce do pracy i surowiec, tym baedziej, że rozszerzono ofertę o mocne i lekkie meble ogrodowe i do altan. Dostarczeniem tego ostatniego zaczęły zajmować się wyspecjalizowane firmy, natomiast siłę roboczą dostarczały przedmieścia, a po zniesieniu pańszczyzny również wieś. Coraz częściej na robotnice mówiono "kobiety", by w połowie XIX wieku to słowo stało się równoprawnym określeniem płci razem z niewiastą, a białogłowa już dawno stało się archaizmem snującym się po zakamarkach prowincjonalnego, konserwatywnego zaścianka.


W XX wiek Kobieta wkroczyła  z podniesionym czołem. Wywalczyła sobie prawo do nauki, pracy i kariery, prawa polityczne, wchodzi w strefy zarezerwowane wcześniej dla mężczyzn. Nie dała się zaszufladkować jako istota mniej wartościowa. Wyparła niemal ze świadomości Polaków i z naszego językate bardziej zniewieściałe określenia "słabej płci". Jest jak trzcina, od której pochodzi. Żadna burza jej nie złamie, a gdy zawierucha minie, stanie ponownie wyprostowana i dumnie spogląda w niebo. Potrzebowała tysiąca lat by to osiągnąć, ale dopięła swego.

komentarze (8) | dodaj komentarz

Pieskie życie.

sobota, 21 listopada 2009 13:57


 

Na początek kilka słów na temat miejsca, w którym się znajdujemy. Patrzę na mogiłę Bobby'ego, który jest symbolem psiej wierności. Około 20 metrów w prawo jest wejście na cmentarz, na którym pochowano jego pana. Kilka metrów za moimi plecami jest ulica, skąd jest wejście do pubu noszącego jego imię. W tle widać kościół (Greyfriars Church), do którego należy cmentarz Greyfriars Kirkyard. Są to istotne informacje dla zrozumienia powiązań między uczestnikami historii i pozwalające zrozumieć,dlaczego właścicielowi pubu było łatwo stworzyć legendę o związkach  pieska z tym przybytkiem. Był to, z dzisiejszego punktu widzenia, zabieg czysto marketingowy, którego siła oddziaływania sięga dziesiątków, a można się nawet pokusić o stwierdzenie, że setek lat.


Po tych wyjaśnieniach przechodzę do głównego wątku. Zacznę od  legendy stworzonej przez ówczesnego właściciela  tego baru. W XIX wieku do pubu widocznego w tle przychodził pewien stały bywalec razem ze swym pieskiem o imieniu Bobby. Po śmierci swego pana pies codziennie przez 14 lat przychodził pod pub i w miejscu, gdzie stoi pomnik czekał na niego od otwarcia do zamknięcia baru, w nadz\iei, że ujrzy swego ukochanego opiekuna. Nie dał się też przygarnąć nikomu innemu wierząc, że w końcu ujrzy swego pana opuszczającego chwiejnym krokiem gościnne podwoje. Gdy w końcu pewnego dnia dołączył do niego, został pochowany na dziedzińcu kościoła za pubem. Jego mogiłka jest do dziś w tym samum  miejscu, a bywalcy,  personel i turyści dbają, aby nigdy nie brakowało na niej świeżych kwiatów. Owe 14  lat to okres największej prosperity pubu, Bobby rozsławił go i ściągał do niego rzesze gości. Śmierć i pogrzeb Bobby'ego były wydarzeniem nie tylko na skalę lokalną, odbiły się echem również w prasie londyńskiej. Od ponad stu lat Bobby jest wizytówka tego miejsca i jest rak samo sławny jak za życia.


Minęło ponad 150 lat gdy zaczęła rodzić się legenda tego sympatycznego pieska. 15 lutego 1858 roku zmarł na gruźlicę niejaki pan John Grey, właściciel małego, białego teriera o imieniu Bobby. Ów gentleman był stróżem nocnym pracującym dla edynburskiego departamentu policji i został pochowany na cmentarzu, o którym wcześniej wspomniałem. Bobby przez 14 lat, do końca swego życia warował przy grobie swego pana, stając się symbolem psiej wierności i tęsknoty. Na tym można by było zakończyć opowieść o nim, ale nic z tych rzeczy. Ta historia ma swój ciąg dalszy, a rozgrywa się równolegle z życiem naszego bohatera.


W 1867 roku rada miasta uchwaliła prawo dotyczące bezpańskich psów. Powołano "urząd" hycla miejskiego, który miał zlikwidować palący problem jakim były na pół zdziczałe błąkające się zwierzęta. Zły los ominął jednak Bobby'ego. Mimo ,że próby przygarnięcia go przez  innych ludzi nie powiodły się, nie był on bezpańskim psem. W tym czasie burmistrzem miasta był Lord William Chambers, który był również dyrektorem Szkockiego Towarzystwa Zapobiegania Przemocy w Stosunku do Zwierząt. Wydał on specjalną licencję Bobby'emu, na mocy której miasto stawało się jego formalnym opiekunem i dzięki temu nie podzielił losu swych pobratymców. Jest to przykład, że nawet wśród świata zwierząt są równi i równiejsi, ale też jest prawdą, że Bobby nie stanowił zagrożenia dla ludzi, gdyż jego "rewir" zamykał w promieniu kilkunastu, góra kilkudziesięciu metrów i nie był on agresywny, a wręcz unikał bliższych kontaktów z ludźmi i tyko nielicznym pozwalał się do siebie zbliżyć.


Boby przeżył swego pana o niemal 14 lat. Zmarł (tu nikt nie mówi, że "zdechł") 14 stycznia 1872 roku. Nie mógł być pochowany na poświęconej ziemi cmentarza, nic jednak nie stało na przeszkodzie, by jego szczątki spoczęły tuż przed cmentarną bramą, dzięki czemu spoczywa niemal obok swego pana.


Na płycie nagrobnej widnieje napis:
"Greyfriars Bobby - umarł 14 stycznia 1872 w wieku 16 lat. Niech jego wierność i oddanie będą lekcją dla nas wszystkich". Na pogrzebie było ok. 10000 (słownie: dziesięć tysięcy) ludzi, a obecność w masowej świadomości przełożyła się na ufundowanie  nagrobnej tablicy pamiątkowej poświęconej jego pamięci (fot. 1) i pomnika (fot. 2). Pomnik Bobby'ego stoi naprzeciw wejścia do Museum of Scotland, co w pewnym sensie też ma symboliczne znaczenie, gdyż jest on częścią historii tego miasta i kraju.


Wierność Bobby'ego była inspiracją dla twórców filmu "Lassie wróć", a jego życie opisuje film z 2006 (premiera) pt.: "Greyfriars Bobby". Historia z legendami się przenika, w zależności od tego kto i w jakim celu te legendy tworzy i próbuje zawłaszczyć historię. Czy pan John Grey zaliczał się do bywalców pubu? O tym kroniki milczą. Nie jest jednak wykluczone, że tam bywał, a na takim domniemaniu można zbudować legendę łączącą psa nie tylko z cmentarzem, ale też z pubem. Tym bardziej, że jego właściciel i goście dbali o strawę dla ciała naszego bohatera.


Historia przeplata się z legendą, ale bez względu na to, którą wersję wybierzemy, obie są równie piękne i wzruszające.

komentarze (4) | dodaj komentarz

Piątek, 13.

czwartek, 12 listopada 2009 11:53

Ponieważ jutro piątek spotyka się z trzynastką, postanowiłem naskrobać kilka słów na ten temat. U podłoża wielu przesądów leży całkiem logiczne i co najważniejsze racjonalne wytłumaczenie. Ja zajmę się dziś tytułowym fenomenem i dodatkowo czarnym kotem, bo są to przesądy uniwersalne, funkcjonujące na całym świecie. Ale oczywiście zacznę od piątkowej trzynastki.


Dan Brown w "Kodzie Leonarda da Vinci" o tym pisał, choć cynicznie nagiął fakty dla potrzeb spiskowej teori dziejów potrzebnej mu do rozwinięcia dość naiwnej zresztą intrygi.


Król Francji, Filip IV Piękny był po uszy zadłużony u Templariuszy, potęznej organizacji o charakterze religijno - militarno - finansowym. Ponadto nie podlegali oni lokalnej władzy kościelnej, poczynając duchowieństwa niższego i średniego szczebla, na biskupach kończąc. Byli pod bezpośrednią kuratelą papieża. Liczne przywileje papieskie i władzy świeckiej zgromadzone w ciągu 200 lat istnienia Zakonu, czyniło z nich jedną z najpotężniejszych instytucji tego typu w Europie. Dzięki systemowi, przypominającemu działalność współczesnych banków, meli wielu władców w swej kieszeni. Dlatego skuteczna akcja króla Filipa została z ochotą podjęta przez innych monarchów chcących się uwolnić od uciążliwego wierzyciela, a kler chętnie poparł te działania, bo szczerze nienawidził Templariuszy za ich niezależność i legendarne bogactwa. Poza tym wszyscy zainteresowani mieli chrapkę na ich ogromne latyfundia, nie wyłączając kleru. Jedynie we Francji w pełni powiodła się akcja przeciw nim, w innych krajach Templariusze stoczyli ciężkie boje drogo sprzedając swoją skórę, gdzie indziej zmienili jedynie nazwę i regułę Zakonu, zachowując swój stan posiadania, a jeszcze w innych nie dali się zastraszyć, wręcz przeciwnie, sami zastraszyli lokalnych władców.


Jest rok 1307. W piątek, 13 października, królewscy żołnierze wkraczają o jednej porze do siedzib zakonników-rycerzy i aresztują zdecydowaną ich większość, łącznie z najwyższymi dostojnikami Zakonu. Są  oni oskarżeni o herezję, sodomię, czary i spiskowanie z Saracenenami. Kilkuletni proces przeplatany torturami kończy się wyrokami skazującymi. 54 najwyżej stojących w chierachii Zakonu dostojników z Wielkim Mistrzem, Jakubem de Molay na czele kończy życie na stosie, a setki giną w innych okolicznościach w całej Europie. Zakon nie podniósł się więcej od tych zmasowanych, paneuropejskich działań i praktycznie przestał istnieć, tym bardziej, że większość z 1000 Braci Zakonnych straciła życie, a ci, którzy przeżyli, byli rozproszeni po całym kontynencie. Trudno znaleźć lepsze wytłumaczenie dla złej sławy spotkania piątku z trzynastym dniem miesiąca. Dla tej organizacji na pewno piątek 13 października 1307 roku był najbardziej pechowym dniem w dziejach jej istnienia.


Pora na kota zwiastującego nieszczęście. Kiedyś,  gdy jeszcze żył rysownik i gawędziarz, Szymon Kobyliński, lubiłem oglądać jego programy. W jednym z nich opowiedział taką oto historię ilustrowaną rysunkami.:


W języku staropolskim jednym z określeń zająca była nazwa kot. (Echa tej nazwy przetrwały w pewnych sytuacjach do dziś. I tak, gdy samica wdaje na świat potomstwo,  mówi się, że się okociła, a młode nazywane są kociętami). Jak wiadomo są to jedne z mniejszych i bardzo płochliwych leśnych zwierząt. Jedyną ich bronią przed drapieżnikami są szybkość i zwinność, od czego często zależy ich przeżycie. Kiedy więc zające całymi stadami opuszczały w panice knieję, nie bacząc na zagrożenia ze strony ludzi i przydomowych psów, dla okolicznej ludności był to sygnał, że  w lesie dzieje się coś niedobrego. Dla spokojnych kmieci od strony lasu mogły przyjść w zasadzie dwie plagi: pożar, albo duża gromada ludzi zbliżająca się do ich siedzib. Zarówno jedno jak i drugie stanowiło śmiertelne zagrożenie. Zabierali więc co się dało i uciekali w tym samym kierunku co spłoszona zwierzyna leśna. Pożar to zagrożenie naturalne, a ludzie, to bandy rozbójnicze lub obce lub rodzime wojska. Nie ma co ukrywać, że wojska krajowe były nie mniejszym zagrożeniem dla osiadłej i żyjącej z uprawy ziemi  ludności niż najeźdźcy. Tak więc zające vel koty stanowiły swoisty system alarmowy ostrzegający przed zbliżającym się niebezpieczeństwem.


Ktoś może zapytać, co ma wspólnego czarny kot z szarakiem, jeśli nawet łączy ich wspólna nazwa? Przecież nie ma czarnych zająców. Tu ponownie kłaniają się wiedźmy i czarownice. W późniejszych wiekach, gdy dla Europy plagą stały się polowania na czarownice, jednym z kluczowych dowodów na kontakty z szatanem był czarny kot, bo pod taką postacią najczęściej odwiedzał on swoje "podopieczne". Jeśli taka pomówiona o czary kobieta nie posiadała czarnego kota, tym gorzej dla niej. Bo zawsze znaleźli się świadkowie, którzy w pobliżu jej domu często widywali takie zwierzę, zwłaszcza w godzinach wieczornych i nocnych, a więc w czasie, gdy diabły najchętniej opuszczały piekielne czeluście, by czynić zło na ziemi i kontaktować się ze swymi wyznawcami i wyznawczyniami. Tak więc ostatecznie to czarny kot stał się synonimem zagrożenie, przejmując z czasem od zająca jego wcześniejszą funkcję ostrzegawczą o niebezpieczeństwie. Jeśli czrny kot, wydumany cz realny, stawał komuś na drodze, to dla takiego delikwenta/delikwentki los był nieubłagany. Ich ostatnią drogę w zaświaty oświetlały płomienie stosu, których ofiarą padali.


Radzę  wszystkim jutro, 13 listopada uważać, by nikomu drogi nie przebiegł czarny kot, bo połączenie tych trzech złowróżbnych elementów może być zapowiedzią niesamowitego pecha.

komentarze (4) | dodaj komentarz

« 1234567  »

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 21 marca 2010

Licznik odwiedzin: 66474

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

To, co tu piszę, to wyłącznie moje subiektywne myśli. W Puzzlach będę czsami zamieszczał lużne wspomnienia i tylko ja będę znał ich kolejność, stąd nazwa kategorii. Jako pierwszy temat na "na tape...

więcej...

To, co tu piszę, to wyłącznie moje subiektywne myśli. W Puzzlach będę czsami zamieszczał lużne wspomnienia i tylko ja będę znał ich kolejność, stąd nazwa kategorii. Jako pierwszy temat na "na tapetę" wziąłem "Wielką włóczęgę", czyli początek największej przygody mego życia, która trwa do dziś. Przypadek(?) sprawił, że nawet tu kolejność poszczególnych wpisów nie pokrywa się z chronologią zdarzeń, co dodatkowo uzasadnia nazwę kategorii.

schowaj...

O mnie

To ja.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 16.02.2010 21:46:04
  • autor: wewe
  • treść: Super się czyta,traf...