Ponieważ jutro piątek spotyka się z trzynastką, postanowiłem naskrobać kilka słów na ten temat. U podłoża wielu przesądów leży całkiem logiczne i co najważniejsze racjonalne wytłumaczenie. Ja zajmę się dziś tytułowym fenomenem i dodatkowo czarnym kotem, bo są to przesądy uniwersalne, funkcjonujące na całym świecie. Ale oczywiście zacznę od piątkowej trzynastki.
Dan Brown w "Kodzie Leonarda da Vinci" o tym pisał, choć cynicznie nagiął fakty dla potrzeb spiskowej teori dziejów potrzebnej mu do rozwinięcia dość naiwnej zresztą intrygi.
Król Francji, Filip IV Piękny był po uszy zadłużony u Templariuszy, potęznej organizacji o charakterze religijno - militarno - finansowym. Ponadto nie podlegali oni lokalnej władzy kościelnej, poczynając duchowieństwa niższego i średniego szczebla, na biskupach kończąc. Byli pod bezpośrednią kuratelą papieża. Liczne przywileje papieskie i władzy świeckiej zgromadzone w ciągu 200 lat istnienia Zakonu, czyniło z nich jedną z najpotężniejszych instytucji tego typu w Europie. Dzięki systemowi, przypominającemu działalność współczesnych banków, meli wielu władców w swej kieszeni. Dlatego skuteczna akcja króla Filipa została z ochotą podjęta przez innych monarchów chcących się uwolnić od uciążliwego wierzyciela, a kler chętnie poparł te działania, bo szczerze nienawidził Templariuszy za ich niezależność i legendarne bogactwa. Poza tym wszyscy zainteresowani mieli chrapkę na ich ogromne latyfundia, nie wyłączając kleru. Jedynie we Francji w pełni powiodła się akcja przeciw nim, w innych krajach Templariusze stoczyli ciężkie boje drogo sprzedając swoją skórę, gdzie indziej zmienili jedynie nazwę i regułę Zakonu, zachowując swój stan posiadania, a jeszcze w innych nie dali się zastraszyć, wręcz przeciwnie, sami zastraszyli lokalnych władców.
Jest rok 1307. W piątek, 13 października, królewscy żołnierze wkraczają o jednej porze do siedzib zakonników-rycerzy i aresztują zdecydowaną ich większość, łącznie z najwyższymi dostojnikami Zakonu. Są oni oskarżeni o herezję, sodomię, czary i spiskowanie z Saracenenami. Kilkuletni proces przeplatany torturami kończy się wyrokami skazującymi. 54 najwyżej stojących w chierachii Zakonu dostojników z Wielkim Mistrzem, Jakubem de Molay na czele kończy życie na stosie, a setki giną w innych okolicznościach w całej Europie. Zakon nie podniósł się więcej od tych zmasowanych, paneuropejskich działań i praktycznie przestał istnieć, tym bardziej, że większość z 1000 Braci Zakonnych straciła życie, a ci, którzy przeżyli, byli rozproszeni po całym kontynencie. Trudno znaleźć lepsze wytłumaczenie dla złej sławy spotkania piątku z trzynastym dniem miesiąca. Dla tej organizacji na pewno piątek 13 października 1307 roku był najbardziej pechowym dniem w dziejach jej istnienia.
Pora na kota zwiastującego nieszczęście. Kiedyś, gdy jeszcze żył rysownik i gawędziarz, Szymon Kobyliński, lubiłem oglądać jego programy. W jednym z nich opowiedział taką oto historię ilustrowaną rysunkami.:
W języku staropolskim jednym z określeń zająca była nazwa kot. (Echa tej nazwy przetrwały w pewnych sytuacjach do dziś. I tak, gdy samica wdaje na świat potomstwo, mówi się, że się okociła, a młode nazywane są kociętami). Jak wiadomo są to jedne z mniejszych i bardzo płochliwych leśnych zwierząt. Jedyną ich bronią przed drapieżnikami są szybkość i zwinność, od czego często zależy ich przeżycie. Kiedy więc zające całymi stadami opuszczały w panice knieję, nie bacząc na zagrożenia ze strony ludzi i przydomowych psów, dla okolicznej ludności był to sygnał, że w lesie dzieje się coś niedobrego. Dla spokojnych kmieci od strony lasu mogły przyjść w zasadzie dwie plagi: pożar, albo duża gromada ludzi zbliżająca się do ich siedzib. Zarówno jedno jak i drugie stanowiło śmiertelne zagrożenie. Zabierali więc co się dało i uciekali w tym samym kierunku co spłoszona zwierzyna leśna. Pożar to zagrożenie naturalne, a ludzie, to bandy rozbójnicze lub obce lub rodzime wojska. Nie ma co ukrywać, że wojska krajowe były nie mniejszym zagrożeniem dla osiadłej i żyjącej z uprawy ziemi ludności niż najeźdźcy. Tak więc zające vel koty stanowiły swoisty system alarmowy ostrzegający przed zbliżającym się niebezpieczeństwem.
Ktoś może zapytać, co ma wspólnego czarny kot z szarakiem, jeśli nawet łączy ich wspólna nazwa? Przecież nie ma czarnych zająców. Tu ponownie kłaniają się wiedźmy i czarownice. W późniejszych wiekach, gdy dla Europy plagą stały się polowania na czarownice, jednym z kluczowych dowodów na kontakty z szatanem był czarny kot, bo pod taką postacią najczęściej odwiedzał on swoje "podopieczne". Jeśli taka pomówiona o czary kobieta nie posiadała czarnego kota, tym gorzej dla niej. Bo zawsze znaleźli się świadkowie, którzy w pobliżu jej domu często widywali takie zwierzę, zwłaszcza w godzinach wieczornych i nocnych, a więc w czasie, gdy diabły najchętniej opuszczały piekielne czeluście, by czynić zło na ziemi i kontaktować się ze swymi wyznawcami i wyznawczyniami. Tak więc ostatecznie to czarny kot stał się synonimem zagrożenie, przejmując z czasem od zająca jego wcześniejszą funkcję ostrzegawczą o niebezpieczeństwie. Jeśli czrny kot, wydumany cz realny, stawał komuś na drodze, to dla takiego delikwenta/delikwentki los był nieubłagany. Ich ostatnią drogę w zaświaty oświetlały płomienie stosu, których ofiarą padali.
Radzę wszystkim jutro, 13 listopada uważać, by nikomu drogi nie przebiegł czarny kot, bo połączenie tych trzech złowróżbnych elementów może być zapowiedzią niesamowitego pecha.
Każdy kto czytał "Potop", pamięta zapewne sławetną i bohaterską walkę imć Onufrego Zagłoby z małpami podczas wyzwalania Warszawy ze szwedzkich rąk. O rzeczywistym znaczeniu tej sceny wie niewielu czytelników, bo ani językoznawcy, ani krytycy literatury nie upowszechniają tej wiedzy, by nie burzyć bogoojczyźnianej otoczki historycznej narosłej wokół Trylogii.
Mistrz Henryk, kiedy zaczynał pracować nad kolejną książką, zawsze dokładnie studiował epokę, w której zamierzał umieścić akcję. Dlatego obok stylizowanego języka epoki jest zarysowane dość precyzyjnie tło historyczne i obyczajowe opisywanych czasów, choć niektóre szczegóły dość swobodnie naginał dla celów fabuły, co utrwaliło w świadomości Polaków fałszywe postrzeganie historii.
W wieku XVII i do połowy XVIII, a więc w czasie, gdy rozgrywa się akcja "Potopu", mianem "małpa" były ochrzczone przedstawicielki najstarszego zawodu świata. Czyli, jak byśmy to dziś powiedzieli, "agentki towarzyskie". Patrząc więc na wyczyny w walce z "małpami" imć Zagłoby, warto sobie uzmysłowić, że atak tego ostatniego na "małpiarnię" był w rzeczywistości zdobyciem zamtuza. Jak na takiego Pierwszego Opoja I Rzeczypospolitej" wyczyn to niemały, biorąc pod uwagę jego podeszły wiek jak i wieczne zamroczenie winem i miodem, których był konsekwentnym miłośnikiem. (Słynna tyrada na temat wina i siemienia lnianego).
Mistrz słowa, Henryk Sienkiewicz zadrwił okrutnie z pokoleń "genetycznych patriotów", którzy do dziś biorą dosłownie małpy Zagłoby jak i wielce patriotyczną postawę Generała Paulinów, ks. Kordeckiego. Jakoś nikt nie chce przywołać do publicznej świadomości faktu, że ten sam ks. Kordecki, który kilka lat wcześniej bronił przed "Szwedami" Jasnogórskiej Opoki i żarliwie deklarował lojalność dla króla Jana Kazimierza, w czasie Rokoszu Lubomirskiego temuż monarsze odmówił prawa wjazdu do klasztoru, a armaty na murach były wycelowane w królewskie wojska, jak nie tak dawno w "szwedzkiego" najeźdźcę. Nieprzypadkowo używam cudzysłowu, gdyż w czasie szwedzkiego potopu na każdych 20 żołnierzy oblegających Jasną Górę 19 to byli Polacy a tylko jeden pludrak.
Tu ciekawostka. Wszyscy wiemy, jak potraktował Kmicic-Babinicz* pułkownika Kuklinowskiego** - kopniakiem w 4 litery. Natomiast nikt lub prawie nikt nie wie o tym, że Sienkiewicz mógł z powodzeniem owego pułkownika zastąpić innym nazwiskiem, młodym Janem Sobieskim, znanym pod ksywką Jan III Sobieski. Ale to nie pasowało do wizerunku przyszłego bohatera, który rozniósł w pył otomańską potęgę pod Wiedniem, uwalniając Europę od tureckiego zagrożenia.
Wracam do małp. Potwierdzeniem znaczenia tego słowa w XVII wieku są wspomnienia żyjącego w tamtym czasie pamiętnikarza, J. H. Paska. Kilkakrotnie w swych "Pamiętnikach" przywołuje on tą nazwę we wspomnianym wcześniej kontekście. Niewielu jest takich, którzy maja odwagę o tych rzeczach pisać, a i tak funkcjonują one w gronie znawców epoki, historyków i literaturoznawców. Do świadomości zwykłych zjadaczy chleba te prawdy nie docierają, bo lepiej budować swe dobre samopoczucie na mitach tworzonych przez sprawnych bajkopisarzy niż zmierzyć się z prawdą historyczną. My, Polacy nie jesteśmy wcale tacy wyjątkowi, przeznaczeni przez Boga do wyższych celów. Zacznijmy patrzeć na siebie i swoją przeszłość bez górnolotnych okularów, ale realnie, bo wcale nie jesteśmy Narodem Wybranym. Jesteśmy tacy sami jak inne nacje, tylko nasza megalomania każe nam budować postrzeganie siebie na sienkiewiczowskich mitach, a nie faktach historycznych.
* Kmicic-babinicz - postać fikcyjna
** Kuklonowski, Sobieski - postacie autentyczne
Czy ktoś się kiedyś zastanawiał, dlaczego w Polsce kapłana katolickiego nazywamy księdzem, a z kolei kobieta zła, czarownica nazywana jest wiedźmą? Jeśli nie, to postaram się to wyjaśnić. W tym celu muszę się cofnąć do początków polskiej państwowości, do czasów panowania Mieszka I.
Jak wiadomo Chrzest Polski nie był dowodem wielkiej wiary naszego władcy, lecz aktem czysto politycznym. Chodziło o wytrącenie zachodniemu sąsiadowi pretekstu chrystianizacji (za pomocą miecza i ognia) pogańskich Słowian. Mieszko zdawał sobie sprawę z tego, że będą opory z pzyjęciem nowej wiary, a kapłani - misjonarze niosący słowo boże między poddanych będą narażeni na niebezpieczeństwo utraty życia, tym bardziej, że kapłani starych bogów nie ustąpią łatwo pola i będą podburzać ludność przeciwko zmianom. Chcąc więc w jakiś minimalny choćby sposób zabezpieczyć misjonarzy, nadaje im tytuły książęce, a zamach na nich będzie równoznaczny z podniesieniem ręki na członka rodziny panującej, czyli z zamachem stanu. Tak więc mogli używać tytułu "knędz", "ksiądz", co w języku staropolskim znaczyło książę. Oczywiście w konserwatywnym Kościele nazwa kapłana pozostała w niemal niezmienionej postaci do dziś, tym bardziej że wierni z czasem się do niej przyzwyczaili. Warto więc pamiętać, że kościoły w Polsce są pełne książąt, a zdecydowana ich większość zachowuje się jak udzielni władcy.
Pora zająć się wiedźmą. Pogaństwo na ziemiach polskich nie zniknęło z chwilą przyjęcia chrztu przez Mieszka I i jego dwór. Wręcz przeciwnie, miało się dobrze jeszcze przez grubo ponad 200 lat i ostatecznie odeszło w niebyt w początkach XIII stulecia. Rozaprzestzeniająca się nowa wiara spychała przedchrześcijańskie wierzenia coraz głebiej w leśne głusze, a w śwętych miejscach, na gruzach Chramów*, powstawały kościoły chrześcijańskie. (Sztandarowym przykładem jest Ostrów Tumski, gdzie wcześniej stała jedna z największych świątyń Światowida). Z czasem kapłani i kapłanki starych bogów mogli znależć schronienie jedynie w najdzikszych, trudno dostępnych ostępach leśnych, gdzie mogli oddawać im cześć i modlić się do nich. Choć zdecydowana większość ludności wyznawała już wiarę chrześcijańską, to w potrzebie ludze nie wachali się zwracać do pogańskich kapłanów o pomoc.
W takich sytuacjach dużą rolę odgrywały kapłanki, zajmujące się głownie leczeniem i wróżbiarstwem. Znały się na ziołach, z których sporządzły skuteczne mikstury i maści, a to wszystko otoczone było rytuałem zaklęć i tajemniczości. Do tego dochodziła wiejąca grozą tajemniczości sceneria opuszczonych uroczysk, otoczonych bagnami, do których drogę znali tylko nieliczni, albo trudno dostępnych szczytów górskich. W takie miejsca nawet zaprawieni w boju rycerze nie mieli odwagi się zapuszczać. Pogańskie kapłanki zwane były przez lud babami "znającymi", "wiedzącymi", lub krótko "wied'mami". Wiedza i doświadczenia, pzekazywane z pokolenia na pokolenie czyniły je niewiastami mądrymi, jakbyśmy dziś powiedzieli, dobrymi fachowcami w swej dziedzinie, w pewnym sensie wykształconymi. Stąd w ówczesnym znaczeniu określenie wied'ma, wiedźma, było odpowiednikiem męskiego "mędrca". Kościół, chcąc zdyskredytować ostatecznie stare wierzenia wykorzystał wszystko co się dało, poczynając od miejsc, gdzie żyły wiedźmy, kończąc na tajemnych rytuałach, jakie towarzyszyły ich działaniom. Uroczyska, cmentazyska, Łyse Góry, stały się w naukach chrześcijańskich synonimem miejsc zlotów czarownic, gdzie spotykały się z diabłami. Miejsce zwolnione przez "wiedźmy" w oficjalnym, legalnym, chrześcijańskim już świecie nie pozostało jednak puste. Zajęły je męskie i żeńskie zakony i klasztory, gdzie bracia i siostry zakonne zajmowały się tym samym co pogańskie kapłanki, czyli między innymi zielarstwem i opieką nad chorymi. Ale tych już księża nie nazywali czarownikami, czarownicami czy wiedźmami (w negatywnym znaczeniu).
Do wiedźm jeszce wrócę, gdy będę pisał o czarnym kocie.
Chram - pogańska świątynia Słowian.
Aresztowanie i skazanie mojego ojca miało wpływ na całe jego późniejsze życie i te dramatyczne wydarzenia ciągneły się za nim aż do śmierci. Pierwsze reperkusje, gdy uparcie odmawiał zeznań i podpisywania jakichkolwiek dokumentów, dały się odczuć już po kilku miesiącach od aresztowania. Władza ludowa chcąc wywrzeć na niego nacisk, zastosowała sprawdzoną metodę odpowiedzialności zbiorowej. Cała jego rodzina została wysiedlona z Warszawy. Rodzice nie żyli a trzy jego siostry zostały przesiedlone do Otwocka (paradoksem jest, że z dzisiejszego punktu widzenia, było to najlepsze miejsce, w jakim mogly zamieszkać. Tam też osiedlił się ojciec po wyjściu z więzienia). Gdy po 2,5 roku zakończono "śledztwo" i akt oskarżenia trafił do sądu, wszyscy dostali administracyjny bezterminowy "wilczy bilet", zakaz powrotu do stolicy. Ten zakaz formalnie obowiązywał do połowy lat 80-tych ubiegłego wieku.
Kolejna dolegliwość dotyczy jego pracy zawodowej w T., dokąd rodzice przeprowadzili w 58 roku z dwójką małych dzieci (miedzy innymi piszącym te słowa) z Otwocka. Tam początkowo pracował jako urzędnik Wydziału Finansowego, a potem był jego kierownikiem. Mimo pozornej swobody, był pod nieustanną kontrolą, a każdy jego ruch, każda decyzja były skrupulatnie badane. Szukano na niego "haka", by ponownie posłać do więzienia, tym razem z zarzutami kryminalnymi.
Z kolei moja matka, jako absolwentka Wydziału Prawa KUL nie mogła zrobić aplikacji sędziowskiej, o czym marzyła, ani prokuratorskiej, ani nawet adwokackiej. Z trudem znalazła kancelarię radcowską i to dzięki znajomościom, która zgodziła się na jej aplikację. Na te trudności w mniejszym stopniu wpływ miała Alma Mater, bo jej koledzy porobili kariery w prestiżowych zawodach prawniczych. Główną przyczyną tych problemów była przeszłość jej męża.
"Najsmakowitszy" kąsek zostawiam na koniec, ale to też niemal koniec życiowej drogi mego ojca. W roku 1973 z T przenieśliśmy do Sopotu. Gdzieś mniej więcej w ciągu miesiąca od zameldowania się ojciec dostał wezwanie na milicję. Spotkał go niemały "zaszczyt", bo chciał z nim rozmawiać sam komendant KM MO. Od niego dowiedział się, że jako były skazany więzień polityczny musi co tydzień meldować się na komisariacie. Ponieważ ojciec domyślał celu, w jakim został "zaproszony", zabrał na to spotkanie wszystkie niezbędne dokumenty. Mimo, że był na to przygotowany, to cała ta sytuacja mocno go poruszyła. Zdenerwowany rzucił na biurko komendanta orzeczenie o pełnej rehabilitacji, Książeczkę Wojskową i Krzyż Walecznych I Klasy i oznajmił:
- Nie jestem byłym skazanym tylko podporucznikiem LWP, który w tamtych latach był do dyspozycji MON, o czym może pan przeczytać w tych dokumentach. Dzisiaj jestem tu pierwszy i ostatni raz. Jeśli jeszcze spróbujecie mnie nękać, sprawa oprze się o wyższe szczeble.
I rzeczywiście, nigdy więcej nie próbowano go ponownie nachodzić. Znamienne w tym jest, jak bardzo można nękać człowieka, mimo że minęło tyle lat od tragicznych dla niego wydarzeń i oczyszczenia z zarzutów. Tym bardziej, że nigdy nie przyznał się do "winy", i że tej "winy" nie udowodniono. Świadczy to też o tym, że mimo rechabilitacji i wymazania z Rejestru Skazanych, jego dosier bezprawnie szło za nim całe życie krok w krok.
1.) Zamość, 1948, październik.
Do koszar wraca z tygodniowego rajdu kompania, w której dowódcą plutonu łączności był podporucznik K. Dla wielu z ponad setki żołnierzy powrót do koszar nie był jednoznaczny z odpoczynkiem. Wielu z nich czekała niespodziewana podróż do Warszawy. Zmęczeni tygodniowym poścgiem za bandytami spod znaku tryzuba i Stepana Bandery po bezdrożach i lasach powiatu hrubieszowskiego, nie zauważali dziwnych i uciekających spojrzeń wartowników, Marzyli jedynie o prysznicu i zasłużonym odpoczynku po trudach walki z bezwzględym i okrutnym wrogiem..
Ppor. K. wszedł do swojej kwatery. Zamiast jednak wypoczynku po bojowej ekspedycji, w jego oficerskiej kwaterze czekało dwóch smutnych panów. Na widok lokatora kwatery, zerwali się z pryczy, a jeden z nich zpytał:
- Porucznik K?
- Tak.
- Pułkownik Różański ze Sztabu Generalnego. Jest pan pilnie wzywany do ministerstwa w związku ze zmianą przydziału służbowego.
- Pozwoli pan, pułkowniku, że się choć umyję i przebiorę przed wyjazdem.
- Nie ma na to czasu, minister nie może czekać, tym bardziej, że i tak zbyt dużo czsu zmitrężyliśmy.
Zanim wsiedli do nieoznakowanego samochodu osobowego, Różański powiedział:
- Proszę zostawić broń osobistą. Tam, gdie jedziemy nie będzie panu potrzebna. Tutaj już pan nie wróci, a tam, gdzie otrzyma pan przydział, otrzyma pan wszystko co będzie panu potrzebne.
K. odpiął pas z kaburą i chciał go oddać wartownikowi, który wyrósł jak spod ziemi, ale pułkownik powiedział:
- Tylko broń. To własność tej jednostki.
Mimo pozorów jakie starał się stworzyć pułkownik, ppor. K. doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jest to aresztowanie. W tym przekonaniu utwierdził się, gdy na tylnym siedzeniu auta znalazł się między dwoma smutasami:: Różańskim i tym drugim. Wszelkie wątpliwości rozwiały dalsze obserwacje, Za kierownicą siedział kapral, a obok kierowcy sierżant, obaj w mundurach KBW*. Poza tym samo nazwisko Różański było dla żołnierzy postrachem, od szeregowego po najwyższe stanowiska ministerialne i sztabowe. W tamtych czsach każdy wojskowy i niejeden cywil modlił się, by drogi jego życia nie skrzyżowały się z tym człowiekiem.
2.) Warszawa, tego samego dnia.
K. był rodowitym Warszawiakiem. Znał geografię swego miasta i usytuowanie urzędów państwowych jak przysłowiową własną kieszeń. Więc gdy samochód zatrzymał się na dziedzińcu Informacji Wojskowej na ulicy Rakowieckiej, resztki nadziei, że "może jednak..." prysły w jednej chwili jak bańka mydlana. Wiedział już, że ten gmach jest od tej chwili jego domem. Nie wiedział jedynie na jak dłuigo i jak bardzo koszmarny będzie to dom.
Został wprowadzony do pomieszczenia, którego jedynym umeblowaniem były biurko, krzesło i z drugiej strony stołek. Kazano mu czekać. Po 2 godzinach oczekiwania do pokoju, jak się okazało przesłuchań, wszedł po cywilnemu ubrany śledczy, który przedstawił się jako Fejgin. Poinformował porucznika, że jest aresztowany za spisek "przeciwko władzy ludowej" i polecił zdjąć pas i położyć go na biurku. Następnie podsunął dwa dokumenty do podpisu. Jednym z nich był nakaz aresztowania, a drugim przyznaie się do winy. K. odmówił złożenia na obu z nich podpisu. Nie przyjął do wiadomości decyzji prokuratora o aresztowaniu i nie zamierzał przyznawać się do winy, bo czuł się niewinny.
Fejgin wściekł się, chwycił z biurka pas i zaczął okładać więźnia w ten sposób, że klamra pasa kaleczyła boleśnie i pozostawieła na jego ciele głębokie rany i siniaki. po kilku minutach, uspokojony, siadł z powrotem na swym krześle i powiedział do swej ofiary:
- Potraktuj to jako rozgrzewkę. Dam ci teraz czas na przemyślenie swej sytuacji. Czym wcześniej podpiszesz te papiery, tym mniej bedzie bolało, a ja nie będę musiał się męczyć. W przeciwnym razie przeżyjesz tu piekło. Jeśli oczywiście przeżyjesz. Niektórzy moi koledzy są bardzo nerwowi i brutalni, a wtedy wszystko może się zdarzyć. Pomyśl o tym.
K. został odprowadzony do celi, w której przebywało kilkunastu takich samych nieszczęśników jak on, a każdy z nich był podobnie "oznakowany" przez zwyrodnialców "pracujących" w służbie dla Polski Ludowej.
Przez dwa i pół roku, długie 30 miesięcy, podporucznik K. przebywał w ubeckiej katowni na Rakowieckiej, z czego 6 miesięcy przypada na karcer. Bywało, że kiedy przynoszone go do wspólnej celi po "przesłuchaniach", współwiężniowie nie rozpoznawali w "górze skrwaionego mięsa", kogo im "dokwaterowano". Fejgin dotrzymał obietnicy i mój ojciec przeżył piekło śledztwa. Ale ani Fejgin, ani Różański, ani super kat Humer nie potrafili go złamać. Był ich porażką, jako najlepszych "facowców" w katowni UB. Nigdy nie udało im się wymusić podpisu na jakimkolwiek dokumencie. Na kolejnych postanowieniach prokuratorów o przedłużeniu aresztu na następne 3 miesiące brak podpisu podejrzanego, że przyjął do wiadomości decyzję. Nie podpisał żadnego protokołu z "przesłuchania". Nie podpisał też samego wyroku skazującego na 7 lat pozbawienia wolności za "spisek przeciwko Ludowej Oczyźnie" (słowa z wyroku). Dopiero opuszczając ostatnie swe więzienie w Piechcinie na mocy amnestii, złożył swój pierwszy podpis na dokumencie wymiaru sprawiedliwości (?) od chwili aresztowania. Z jego życia zostało brutalnie wyrwane 66 miesięcy w najpiękniejszym jego okresie.
3.) Na wolności.
W kwietniu 1954 Mój ojciec opuścił więzienie na mocy amnestii, a w dwa lata później został całkowicie zrehabilittowany i przywócony do stopnia oficerskiego. Kiedy wyrwano go z czynnego życia, miał 23 lata, narzeczoną i wielkie plany na przyszłość. Mury więzienne opuszczał 28-latek ze zrujnowanym zdrowiem, przed którym pozostało 20 lat i 2 miesiące życia. (Po jego śmierci w gdańskim szpitalu klinicznym profesor robiący sekcję powiedział do mojej matki: "Nigdy jeszcze w swej karierze medycznej nie widziałem tak zharatanego serca").
Przez te lata tylko dwa razy cofnął się do wspomnień ze śledztwa. Po raz pierwszy w roku '57, gdy jako świadek zeznawał na procesie pułkownika Różańskiego i po raz drugi gdzieś w połowie lat 60-tych, niemal sparaliżowany bólami reumatycznymi, przez całą noc opowiadał o tym, jaki koszmar przeżył w katowni UB przez dwa i pół roku śledztwa. Matka powiedziała wtedy, że powinni spisać jego wspomnienia, by ich dzieci pamiętały o tym. Wtedy odparł:
- Nigdy nie zrobię tego. Nie chcę w moich dzieciach rozbudzać nienawiści.
Nie wiem, czy wybaczył swoim oprawcom krzywdy, mam prawo jednak sądzić, że mimo wszystko nie odczuwał do nich nienawiści. Za to wiem na pewno, że nigdy nie obwiniał swego przyjaciela, równierz oficera, z którym razem zaraz po wyjściu z Powstania Warszawskiego zgłósili się do wojska i przeszli szlak bojowy w kierunku wiedeńskim i w tym samym czasie zostali aresztowani w Zamościu. To jego "zeznania" stały się głównym dowodem winy mego ojca i na nich oparty był akt oskarżenia. Do końca życia utrzymywali przyjazne stosunki. Ojciec znał doskonale cenę, jaką musiał zapłacić przyjaciel zanim złamał się przed brutalnymi katami. Niewielu było ludzi, którzy przetrzymali to piekło do niczego się nie przyznając. Z ponad 70 oficerów i podoficerów aresztowanych wtedy w Zamościu, tylko dwie osoby nie uległo: mój ojciec i jego bezpośredni przełożony, kapitan S.
W Ksiązecej Wojskowej mego ojca widnieje wpis: "pażdziernik 1948 - kwiecień 1954 - Do dyspozycji MON". Co taki lakoniczny i eufemistyczny wpis oznaczał dla tysięcy żołnierzy nie muszę chyba dodatkowo wyjaśniać.
P.s. przyjacielowi mego ojca poczucie winy towarzyszyło do końca życia.
*KBW - Kompania Bezpieczeństwa Wewnętrznego - zmilitaryzowane oddziały Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego
Jesień na półmetku, zielone rynki i stragany kuszą nas przebogatą ofertą owoców i warzyw, zarówno tych leśnych jak i z przydomowych ogródków i sadów. Gospodynie domowe szaleją przygotowując na zimę wspomnienie lata w postaci dżemów, kompotów i wszelakich innych przetworów, które będą urozmaicać domownikom ubogi, zimowy jadłospis.
Zwabiony zapachem alkoholu dobiegającym z kuchni, wsadza łleb między framugę a kuchenne drzwi zaintrygowany pan domu i tylko cudem unika dekapitacji, jaką chciała mu zafundować połowica, z furią zatrzaskująca drzwi w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była szyja ukochanego, ale w tej chwili wroga publicznego numer jeden rodziny. Tak się jakoś składa, że najukochańsza w tym momencie Połowica zaczyna łączyć składniki, które za kilka miesięcy przemienią się w przepyszną nalewkę z jeżyn. Ta zacna Matrona zrezygnowała z "Mody na sukces" by jej pan i władca mógł spokojnie obejrzeć jak jego faworyci dostają baty w LM*, a ona sama mogła zająć się produkcją tego, co ma umilić świąteczny stół i inne rodzinne spotkania, zwłaszcza z teściową. Niestety, nasza miła dama nie doceniła swgo wybranka, który nawet jest gotów perfidnie porzucić zmagania Roberta Kubicy, gdy jego nos, niczym niezawodny detektor chemiczny zlokalizuje magicznego wirusa C2H5OH.
Przechodzę do zaanonsowanego w tytule przepisu. Potrzebujemy do jej zrobienia:
- 1 kg jeżyn
-30 - 35 dag cukru
-30 - 35 dag miodu (njalepszy z owoców leśnych)
-1 l białego rumu
-2 - 2,5 l wódki.
5-cio litrowe, szklame lub kamionkowe naczynie.
(Z podanych przeze mnie składników powinno wyść około 4 l. nalewki).
Wykonanie jest proste, choć rozłożone w czasie. Umyte owoce zasypać cukrem, dodać miód i odstawić w niezbyt nagrzanym miejscu minimum na tydzień, ale nie dłużej niż dwa (do czasu, aż owoce zaczną umiarkowanie fermentować). Teraz zalewamy zawartość naczynia rumem i wódką i spokojnie odstawiamy na trzy miesiące. W tym czasie w nalewce zachodzi samoistna fermentacja, w czasie której mocne alkohole "przegryzają" się z alkoholem winnym powstałym na bazie cukru i owoców. Po 3 miesiącach trunek jest sklarowany, choć nadal pracuje, a smak zakłóca goryczka. Należy zatem oddzielić płyn od owoców, najlepiej odcedzając przez płótno. (Jeśli dla kogoś nalewka jest za mało słodka, można na tym etapie dodać jeszcze cukru lub midu, które zostaną przerobione w dalszym procesie fermentacji). Zużyte owoce nie nadają się już do niczego, natomiast nalewkę zlewamy z powrotem do naczynia i odstawiamy na kolejne 3 miesiące, kiedy to procesy fermentacyjne zostają praktycznie zakończone, a trunek jest pięknie sklarowany i ma intensywny, ciemnoczerwony kolor. W finale ściągamy nalewkę uważając, by nie zacinąć osadu z dna naczynia i rozlewamy do butelek. Przechowujemy w chłodnym miejscu w pozycji leżącej lub półleżącej Już teraz ma wspaniały smak i zapach, ale należy pamiętać, że im dłużej dojrzewa, tym lepszy jest efekt dla podniebienia.
Na koniec kilka słów wyjaśnienia. Jak wiadomo, wszystkie owoce zawierają w sobie swoje własne, indywidualne drożże i żywe kultury bakteryjne odpowiedzialne za procesy fermentacyjne. Spotkałem się z różnymi szkołami produkcji nalewek. Jedni do zalania owoców używają czystego spirytusu, inni, po puszczeniu soku przez owoce, pasteryzują je, lub używają tych technik razem. Według mnie to czyste "barbarzyństwo". Ja osobiście przy produkcji nalewek nigdy nie używam spirytusu. Spirytus, jak i pasteryzacja mają włściwości bakterio- jak i grzybobójcze (a drożdże są grzybami), przez co już na wstępie zostaje przerwana istota produkcji prawdziwej nalewki. Ponadto spirytus ma właściwości konserwacyjne, przez co "zamyka" niejako w owocu to wszystko, co chciałbym z niego wydobyć do przygotowywanego trunku. Równie dobrze mógłbym pójść do sklepu i kupić sok z dowolnych owoców i zalać go alkoholem, a po kilku miesiącach powiedzieć że mam "pyszną nalewkę". Efekt podobny. Natomiast nalewka robiona według proponowanego przeze mnie przepisu to owoc "rozpuszczony" w alkoholu, a to co zoatało wcześniej wyrzucone i tak nie zostałoby strawione przeż organizm, gdybyśmy zjwdli sae owoce.
Pierwsza czynność, jaką wykonałem w Londynie to kompletna porażka. Mam na myśli oddanie bagażu do przechowalni. Przełożyłem z bagaży wędlinę ręczniki i środki czystości, ale zupełnie wyleciało mi z głowy, by zabrać koszule i skarpety na zmianę. Ze skarpetami jeszcze pół biedy, bo po umyciu się w dworcowej toalecie można było je przeprać, a ręcznika użyć jako wyżymaczki, by względnie suche założyć z powrotem na nogi. Ale jeśli chodzi o koszule - rozpacz. Założenie tego przepoconego łacha na doprowadzone do względnego porządku ciało jeszcze bardziej zwiększało poczucie dyskomfortu. Mimo to, czuliśmy, jakbyśmy zrzucili z pleców po 20 kilogramów zbędnego balastu.
Odświeżeni ruszyliśmy na "podbój" Londynu. Oczywiście nie oddalając się zbytnio od dworca. Największa atrakcja to niezliczona ilość piętrowych autobusów, no i ten lewostronny ruch.. Na ulicach tłumy, albo Ty kogoś potrącasz, albo sam jesteś co i rusz potrącany. No i ten pełen przekrój rasowy ludzi o wszelkich możliwych odcieniach skóry - specyfika światowej aglomeracji.
Wstępujemy do sklepów, wielkich (jak się potem okazało) sieci handlowych, których nazwy nic nie mówią. Musimy wszak kupić jakieś pieczywo i coś do picia. (Oczywiście ceny odstraszają, zwłaszcza że natycmiast mimowolnie włącza się w głowie kalkulator uparcie przeliczający funta na złotówki, a pamięć przypomina, że jeszcze dwa dni temu za tegoż funta płaciłeś 6,80 PLN. Rozsądek jednak podpowiada, że nie po to wieziesz ze sobą brytyjskie pieniądze, by je oprawić w ramkę i podziwiać różne portrety królowej, bo to nie muzealny eksponat, lecz coś, co ma ci ułatwić życie i umożliwić przeżycie. Opuszczając Polskę wiedziałem, że nie ma sensu porównyanie cen w obu krajach, bo chcąc w tym kraju funkcjonować, muszę brać pod uwagę realną wartość funta w jego naturalnym środowisku). Po tej dygresji wracam do wątku. Nie śpieszyło mi się na razie z zakupami, bo po co dźwigać ze sobą jedzenie, kiedy i tak będziemy jedli, gdy wrócimy na dworzec.
Na razie fascynuje mnie coraz większy ruch na ulicach. Czym późniejsza godzina, tym wydaje się, jest coraz ciaśniej na chdnikach i ulicach. W odróżnieniu od polskich miast ulice nie wyludniają się, wręcz przeciwnie. Życie towarzyskie wypływa właśnie na zewnątrz, co widać do późnych godzin wieczornych. Gdy robi się całkiem ciemno robię niezbędne zakupy i wracamy na dworzec, gdzie pochłaniamy jedną z bagietek i kiełbasę. Niemal natychmiast przypałętał się menel dworcowy, brudny i obszarpany, przy którym atmosfera autokaru wydaje się perfumerią i niemal żąda by poratować "rodaka" polską kiełbasą i "piątakiem", bo zapomniał smaku polskiego żarcia, a od dawna nie miał nic w ustach. Z tychże "ust" bije odór mieszanki wszelakiego autoramentu podejrznych "trunków" z przewagą sfermentowanego starego piwa. Na szczęście na widok zmierzających w naszym kierunku policjantów zmywa się równie szybko jak się pojawił, a mnie jest autentycznie wstyd, że jesteśmy rodakami.
Wreszcie zbliża się godzina odjazdu i po odebraniu bagaży, udaje nam się zająć miejsca na ostatnim siedzeniu w autobusie przy oknie (wiem z doświadczenia, że to najwygodniejsze miejsca, zwłaszcza na długiej trasie). O samej podróży nie ma co właściwie pisać, bo jak wcześniej wspomniałem nocna podróż nie sprzyja obserwacjom i podziwianiu krajobrazów. (Wspomnę jedynie, że później byłem zmuszony jeszcze raz podróżować do i z Polski autokarem, więc z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że w Anglii jest niewiele miejsc, które z okien samochodu mogłyby zachwycić). Dopiero gdy się rozjaśniło po godzinie siódmej rano, mogłem oddać się podziwianiu widoków. A to, co ukazywało się naszym oczom co chwila za każdym zakrętem, za mijanym wzniesieniem, w pełni rekompensowało mękę 45-ciogodzinnej podróży. Jechaliśmy przez Szkocję, kraj w większości pokryty górami, i choć nie są one wysokie, to podróż przez nie obfituje we wszelkie atrakcje i niespodzianki związane z górską wycieczką.
Mamy górskie potoki, jeziorka polodowcowe, czasami droga pnie się serpentynami na wyższe wzniesienia, lub bok samochodu ociera się o skałę z jednej, lub koła tracą przczepność, zdałoby się, nad skrajem przepaści, z drugiej strony. Wielkość przewyższeń zaciera różnice, czy jesteśmy kilkaset metrów nad poziomem morza, jak to jest w szkockich górach, czy kilka kilometrów w Apach, Karpatach, czy Górach Kaukazu. Dopiero podróż przez góry, ich wąskie i kręte drogi dostarczyła nam sporo emocji związanych z ruchem lewostronnym. Było, że z emocji zamykałem oczy, gdy zderzenie z jadącym z naprzeciwka pojazdem zdawało się nieuniknione.
Tak rozłożyłem w czasie wspomnienia, by do Edynburga wjechać w rocznicę mojego osiedlenia się w tym mieście. Dziś, 7 pażdziernika 2009 roku mija właśnie pięć lat od chwili, gdy mogę mówić o tym mieście, że to moje miasto. "Tu jest moje miejsce, tu jest mój dom".
Co wcale nie zmienia faktu, że jestem bardzo emocjonalnie związany ze Starym Krajem.
Całą noc jechaliśmy przez Niemcy, więc niewiele z tego pamiętam. Seria krótkich drzemek i nagłych przebudzeń nie stwarzała nawet namiastki złudzenia wypoczynku. Zmiana pozycji w profilowanych fotelach kończyła się zwykle totalną porażką i trzeba było wracać do pozycji wymuszonej przez konstrukcję siedzenia. Prawdziwym zbawieniem były przerwy w podróży, gdy autokar co 3 - 4 godziny zatrzymywał się na wielkich parkingach przy autostradzie i można było rozprostować gnaty i wypalić w pośpiechu 1 czy 2 papierosy (wtedy jeszcze byłem niewolnikiem tej używki). A co najważniejsze, można było skorzystać z normalnej toalety oraz przemyć twarz i ręce cudowną, chłodną wodą w prawdziwej umywalce, zmywając pot i brud nagromadzony w dusznej atmosferze kilkudziesięciu ciał współpasażerów.
Takie postoje trwały od 15 minut do pół godziny, w zależności jak kierowcy wyrabiali się z czasem na trasie. (Powiem szczerze, że nie miałbym nic przeciwko temu by tych przerw było dwa razy więcej, a do Londynu przyjechalibyśmy z pięć godzin później. Niestety, na miejsce dotarliśmy o czasie, tuż po 15-tej, a autobus do Edynburga mieliśmu dopiero o 23:30, czyli ok ośmiu godzin czekania.)
Rankiem wjechaliśmy na ziemię holenderską, a jedynym znakiem że kiedyś, w zamierzchłych czasach, była w tym miejscu granica, było to, że zatrzymał nas patrol policji i straży granicznej,sprawdzający wyrywkowo, czy nie ma wśród podróżnych nikogo spoza UE. Cała kontrola trwała zaledwie 5 minut, a kiedy funkcjonariusze upewnili się, że wszyscy legitymujemy się polskimi paszportami lub dowodami, przeprosili za przerwanie podróży i życzyli szerokiej drogi. Biedacy, nie przyszło im do głowy, że to miły interwał w tej nudnej i mało ekscytującej przygodzie.
Dalsza podróż była równie monotonna jak dotychczas. Cały czas, aż do Calais teren płaski z rzadka urozmaicony mniejszymi lub większymi miastami mijanymi zwykle z boku, nie ma na czym oka zawiesić. Zresztą, może to zmęczenie i otępienie podróżą spowdowały, że umykały uwadze jakieś ciekawe szczegóły krajobrazu? To, że jesteśmy już w Belgii, a potem we Francji, docierało do świadomości z pewnym opóźnieniem, gdy oczy wychwytywały zmiany w oznakowaiu dróg. Około godziny 11 tablice informują, że do przeprawy promowej i eurotunelu pozostało 10 km. Zajeżdżamy na stację benzynową, gdzie kierowcy tankują do pełna, bo przecież niedługo będą wracać, a w UK paliwo droższe o 20%. To już ostatni, 15-minutowy postój i ruszmy w kierunku przeprawy promowej. Francuska straż graniczna nawet nie sprawdza paszportów, obejrzeli jedynie dokumenty przewożnika i podnieśli szlaban. Nasz autokar wjechał jako jeden z ostatnich na prom. Gdy z pokładu parkingowego przemieszczaliśmy się windami na pokłady pasażerskie statku, wyrażnie było czuć, że prom odrywa się od nabrzeża. Chwilę później patrzyłem na białe klify angielskiego wybrzeża, które znałem z literackich opisów.
W czasie tej krótkiej przeprawy pogoda była zmienna. Raz świeciło słońce i było całkiem przyjemnie na zewnętrzym pokładzie, za chwilę nadciągała chmura i gwałtowny szkwał zacinał zimnym deszczem tak, że trzeba było uciekać przed całkowitym przemoczeniem. Po chwili znów klify raziły swą bielą oczy w promieniach wesołego słoneczka. Wreszcie prom cumuje w porcie Dover i autokar podjeżdża do sranowisk odprawy paszportowej i celnej. Na szczęście nie musieliśmy targać ze sobą bagaży i skończyło się jedynie na sprawdzeniu paszportów. (A wiem z opowiadań, że dość często zdaża kontrola celna, co może trwać nawet ze dwie godziny.) Widocznie celnikom kończyła się zmiana i nie mieli ochoty na nadgodziny. :))
Przed godziną drugą , po zajęciu swoich miejsc pędzimy w kierunku Londynu. Z ciekawością obserwuję ruch lewostronny. Na autostradzie nie robi to większego wrażenia, ale dla kogoś przyzwyczajonego do europejskiej organizacji ruchu jazda w mieście, czy drogami lokalnymi jest naprawdę chwilami emocjonująca. Nawet jak jest się tylko pasażerem. Ale z czasem człowiek się do tego przyzwyczaja. Dziś, kiedy przyjeżdżam do Polski, też miewam problemy, gdy zbliżając się do przejścia zamiast w lewo spoglądam w prawo. Nie wspomnę już o kulturze jazdy naszych rodzimych kierowców.
Po 15-tej czasu angielskiego autokar wtacza się majestatycznie na osławiony Victoria Station. Ponieważ przed nami osiem godzin oczekiwania na rejsowy autobus brytyjskich linii National Express, bagaże lądują w przechowalni, a ja z synem możemy powłóczyć się w okolicach dworca dla zabicia czasu.
Ale o tym i o statnim odcinku naszej podróży w następnym odcinku.
Słuchając w nocy na You Tube muzyki, natrafiłem na to;
http://tiny.pl/hqj9c
Lubię ten kawałek Budki Suflera. Obok dosłownej interpretacji słów, można ten tekst dopasować niemal do każdej sytuacji życiowej, nie wyłączjąc samego życia jako całości. Przy wyborze tej wersji utworu zaintrygował mnie tytuł prezentacji "Autem z UK do Polski", a patrząc na zdjęcia towarzyszące piosence, stanęły mi przed oczami moje trzy podróże autokarem na podobnej trasie. Raz polską granicę, kiedy ta jeszcze istniała fizycznie przekraczałem w Kołbaskowie, a dwukrotnie w Słubicach, kiedy infrastruktura graniczna przypominała wymarłe miasteczko poszukiwazy złota z Dzikiego Zachodu.. Jedynymi upiorami dawnej świetności były kantor wymiany walut i graniczny bar kuszący zmęczonych podróżnych chwilą odpoczynku i pierwszym lub ostatnim (w zależności w którą stronę zmęczony wędrowiec zmierzał) prawdziwie polskim hot dogiem popitym świeżym , polskim piwem. Zdewastowane bramki graniczne przypominały o wszechwładnych do niedawna panach i władcach tego miejsca, celnikach i straży granicznej.
Ale zacznijmy od początku. Pięć lat temu około południa zakończyłe rozliczanie z instytucjonalną Polską. Jest wtorek, 4 października 2004 roku, a ja odbieram ze szkoły dikumenty mego syna, który dwie godziny później ostateczmie i definitywnie opuszcza progi tej placówki żegnany prze kolegów i nauczycieli. Przed nami doba oczekiwania. Torby spakowane, kredyty spłacone, polska przeszłość zbilansowana na zero. Pozostaje oczekiwanie, ostatnia noc w starym, opustoszałym mieszkaniu. Kiedy nie masz już nic do zrobienia, w duszy na dobre rożgościł się niepokój, a w głowie szaleje huragan wcale nie optymistycznych myśli i wracających pytań. Co cię tam czeka? Czy dobrze robisz? A może jeszcze zmienić decyzję? Ale wiesz, że tego nie zrobisz. Tam czeka na nas moja żona i matka naszego dziecka i co ważne szkoła dla syna, a na mnie praca, której tak często mój kraj nie mógł mi zapewnić..
O 13 następnego dnia, 5 pażdziernika, kiedy zatrzasnęły się drzwi atokaru za nami, już wiem, że nie mam odwrotu. Przed nami blisko dwie doby podróży w mało komfortowych warunkach. Ostatnie spojrzenie na toruń, który zostaje z tyłu i stare, tak dobrze znane myśli. W Poznaniu zjeżdżają się autokary naszego przewoźnika z różnych miast w Polsce, gdzie przesiadamy się do właściwych autobusów. My zajmujemy miejsca w autokarze do Londynu i ruszamy do przejścia w Kołbaskowie, dokąd docieramy wieczorem. Odprawa graniczna trwa zaledwie 15 minut i jest zwykłą formalnością. Autobus rusza w dalszą drogę pozostawiając za sobą niknące w mroku światła po polskiej stronie granicy.
Los emigranta, który wybrałem dla siebie i swego syna stał się ostatecznie faktem.
sobota, 21 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 1620
| « listopad » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | ||||||

To ja.
To, co tu piszę, to wyłącznie moje subiektywne myśli. W Puzzlach będę czsami zamieszczał lużne wspomnienia i tylko ja będę znał ich kolejność, stąd nazwa kategorii. Jako pierwszy temat na "na tape...
więcej...To, co tu piszę, to wyłącznie moje subiektywne myśli. W Puzzlach będę czsami zamieszczał lużne wspomnienia i tylko ja będę znał ich kolejność, stąd nazwa kategorii. Jako pierwszy temat na "na tapetę" wziąłem "Wielką włóczęgę", czyli początek największej przygody mego życia, która trwa do dziś. Przypadek(?) sprawił, że nawet tu kolejność poszczególnych wpisów nie pokrywa się z chronologią zdarzeń, co dodatkowo uzasadnia nazwę kategorii.
schowaj...Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: